Życie nie jest czarno-białe

Życie

Chciałam napisać przed urlopem, ale nie za bardzo wyszło. 
Gdyby jednak udałoby mi się tego dokonać, mogłabym napisać o tym jak dziecko mi ząb ukruszyło, o stanie mieszkania zafajdanego na maksa (jedno rzyga tam gdzie drugie sika), o codziennym praniu, o braku snu, o zakupach wyłącznie przed internet, o walce z wydawnictwem, o imprezach urodzinowych dla 3-6 latków, o przygotowywaniu warsztatów kreatywnego pisania, o tym, jak to się pocę zanim w ogóle wyjdę z domu, o tym, że ogólnie rzecz biorąc nie wiadomo, gdzie ręce włożyć i o tym że połowa rodziny w szpitalu (cztery przypadki raka w obu rodzinach).    

Życie

W końcu urlop - 10 dni nad morzem w Hiszpanii. Dostaliśmy pozwolenie od rodziny - co może się przez 10 dni wydarzyć? Na tyle na ile mogło być fantastycznie - było. Nieograniczony dostęp do słońca, do wody (czy to baseny, czy morze), place zabaw na plaży; piękna architektura, inna kuchnia. Dzieci się wyszalały, w nocy padały, budziły się później (nawet koło 8:30 zamiast o 6:00). 





My też naładowaliśmy baterie, bo wiedzieliśmy, że nadchodzące tygodnie będą ciężkie. Urlop urlopem ale mimo tego, że było pięknie, to nie było beztrosko. Moja mama miała do nas dołączyć ale na dzień przed wyjazdem ojciec dostał ataku hipoglikemicznego i nie mógł za nic być pozostawiony sam na sam. Od lat ma cukrzyce, białaczkę i inne cholerstwa. Miał też wodę w płucach, dopiero gdy mu odsączono litr płynu poczuł się lepiej. 

Śmierć

Niestety teściowa nie miała tyle szczęścia, jeśli o szczęściu tu w ogóle można mówić. Od miesięcy skarżyła się na różne, coraz intensywniejsze bóle. Wykryto niedawno raka płuc, już z przerzutami. Trafiła do szpitala miesiąc temu i już z niego nie wyszła. Po drodze złamała rękę i złapała zapalenie płuc. Cierpiała, nie mogła samodzielnie oddychać. Wróciliśmy z urlopu. Mąż prosto z lotniska wsiadł w taksówkę. Zapłacił ponad 100 euro, wysiadł na kilometr przed szpitalem bo były roboty. Ostatni odcinek przebiegł. Zmarła na kwadrans przed jego dotarciem do szpitala. Syn nie zdążył pożegnać się z matką. Za trzy tygodnie skończyłaby 62 lata.

Nie znałam jej tak naprawdę dobrze, bo była obecna w moim życiu nieco ponad cztery lata. Nie mogę więc powiedzieć, że była taka czy siaka, i że stosunki były takie czy owakie, bo to naprawdę nie o mnie chodzi. Moim dzieciom zabraknie tej w miarę młodej i kochającej babci.  Przecież to w połowie dzięki niej mój mąż jest tym człowiekiem, w którym się zakochałam. 
Niech Bóg ma ją w swojej opiece.



Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze