Powrót do rzeczywistości… ale do której?
Po kolei…
Skończyłam Greya – nawet
niezły. To znaczy oczywiście, wielka literatura to to nie jest, ale lektura
owszem, wciągająca (nie, nie, teraz nie wdam w dyskusję o literaturze,
obojętnie czy przez małe czy dużo „l”. Dla mnie, wszystko, co kiedykolwiek
zostało opublikowane, jest warte przeczytania. A jeżeli coś jest pociągające,
to znaczy, że w sobie ma „coś”, a to z kolei nie sposób przecenić!)
No więc w Portugalii było
miło, nic nie mam naprzeciw kawie za 0,60 centymów, słońcu przez 85% czasu, urozmaicającym
rzeczywistość kolorowym i oryginalnym kafelkom na każdym rogu ulicy. Nie mam
też nic naprzeciw kelnerom pytających się samych z siebie „czy życzę sobie
hasło do wi-fi”, kasjerkom, które ze stoicką postawą każą ochroniarzowi zwarzyć
owoce, bo mi się zapomniało, czy też personelowi lotniska, który pozwala mi się
bezkarnie wepchnąć do kolejki. W Portugalii miałam się odnaleźć, ale jeszcze
bardziej się zgubiłam, dając się unieść przytłaczającemu, otaczającego mnie,
pięknu, chwilom w towarzystwie białego wina, mojemu uzależnieniu od Internetu
oraz zgubnej miłości do książek.
No cóż, uznajmy, że są rzeczy ważne i
ważniejsze.
Po powrocie spotkałam się z
TS, adiunktem na UJ, i odbyliśmy miłą pogawędkę o mniej miłej egzystencji
pracowników naukowych na polskich uczelniach (bo rozumiecie, że ja w niedziele
o 9:30 rano nie mam nic lepszego do roboty J). Zawsze mi się wtedy nasuwa reakcja mojej mamy, gdy, na wieść o moim
e w e n t u a l n y m powrocie na uniwersytet, zrobiwszy skwaszoną minę,
wydusiła z siebie: „czy naprawdę chcesz do końca życia użerać się ze
studentami??!”
I czar prysł…
Powrót do rzeczywistości
trudno mi ugryźć, bo najpierw trzeba by zdefiniować moją codzienność… Kiedyś, na
którejś lekcji z języka, trzeba było opisać swój typowy
dzień: podczas gdy jedni pisali „budzę się o tej i o tej a przed wyjściem z
domu bawię się z kotem”, ja pasowałam: „przykro mi, ale nie odkąd były raczył
mnie poinformować, iż zakochał się, i to bynajmniej nie we mnie, a było to już
sto lat temu, nie miewam typowych dni”.
Jak jeszcze pracowałam,
moje dni wyglądały tak (czasy przed narzeczeńskie!):
W robocie spotkanie
Drugie spotkanie
Między pierwszym a drugim –
kawa i zakup kanapki
W czasie lunchu lecę na
randkę (wystawa w muzeum – chyba fotografii amerykańskiej), jedząc
pieczołowicie zakupioną powyższą kanapkę
Po randce, lekcja języka
Po portugalskim, siadam w
końcu przed komputer (czytaj przez godzinę czytam maile)
Sport
Po sporcie randka numer
dwa, ma na mnie czekać z gazetą pod pachą. Hasło rozpoznawcze to „żyrafy
wchodzą do szafy”
To była środa.
Poniedziałek mógłby
wyglądać tak:
Przed robotą sport
W czasie lunchu wydawca
Potem prawnik
Między wydawcą a prawnikiem
– mechanik (wiatr niemalże urywa mi drzwiczki od samochodu)
Urywam się z portugalskiego
by uczestniczyć w zajęciach z kaligrafii japońskiej
Wieczorem wolontariat
A teraz? Spróbujmy określić
moją rzeczywistość:
Teraz, to…
28/04/2014
leniuchujemy sobie z
Wspaniałym w łóżku do 10:00, obsypuje mnie pocałunkami, robi mi kawę i
naleśniczki z nutellą, idę na lunch z Portugalskim Przyjacielem (jedzie do
Brazylii na 5 tygodni), chodzę po sklepach, piwo, kolacja (przygotowana przez
Wspaniałego – ja nie gotuję), spacer, film – a raczej, w moim wykonaniu, spanie
przed TV w objęciach Wspaniałego…
Witajcie w moim świecie J
Commentaires
Enregistrer un commentaire