dużo ale jeszcze pod kontrolą
- w sobotę (19/03) byliśmy na pierwszych
urodzinach synka jednego z najbliższych przyjaciół Męża (w zeszłym roku był
wylew dzieciątek, wiec w tym będzie – miesiąc w miesiąc i siłą rzeczy – rok
pierwszych urodzin). Przy czym dodajmy, że imprezy te są bardziej imprezami dla
rodziców.
- niedzielę miałam dla siebie, na pisanie i
Klub Książki. W zasadzie nie wypoczęłam za bardzo ale poznałam bardzo fajną Afro-Amerykankę,
więc warto było!
- w poniedziałek zdecydowałam, że napiszę
jeszcze jedną książkę.
- we wtorek (urodziny Męża) jakieś półgłówki
postanowiły się wysadzić w powietrze 1km ode mnie – o tym już było. Nam tym
razem się udało (przeżyć), ale pozostał szok i strach (skutki uboczne zawsze
są!) przy jednoczesnym postanowieniu, że życie musi się toczyć dalej.
- w środę, moje szkolenie odwołane (ludzie nie
mają jak dojechać do szkoły), wieczorem idę na spa gdzie chcę fizycznie
wypocząć, ale udaje się średnio, z różnych przyczyn.
- w czwartek mam decydującą rozmowę kwalifikacyjną
(3-cia tura) – czekam…
- w piątek, na szczęście, nic się nie działo.
Afroamerykanka przyszła na kolację i było inaczej niż ciągle z tymi samymi
ludźmi J
- w sobotę pojechaliśmy w Ardeny, gdzie życie
toczy się we własnym tempie – piękny, spokojny, słoneczny dzień, jakby trochę
wyrwany z rzeczywistości
- w niedzielę poszliśmy do centrum miasta
(marsz odwołano) by zobaczyć dywan kwiatów i zniczy poświęcony pamięci ofiar i
zbezczeszczony godzinę później przez jakieś neonazistowskie bojówki (jednak
żyjemy w ciekawych czasach). Na szczęście nie musiałam na to patrzeć, jako że
już się kręciliśmy po ulubionej księgarni. Wieczorem pojechaliśmy do teściów,
- w poniedziałek, zostawiliśmy małą u teściów. w
pierwszy wieczór bez dziecka, zmęczeni wydarzeniami i słabo jednak przespanymi
nocami (bo ciągle coś się dzieje), każde z nas siedziało milcząco w swoim kącie
kanapy, ja czytałam, Mąż coś tam robił, ale nawet nie mieliśmy siły ani
potrzeby mówić do siebie.
- we wtorek, rzuciłam się w wir spraw, od
fizycznych po intelektualne, zahaczając o spotkanie przy zupie z pewną znaną
pisarką, mając pod ręką listę spraw do załatwienia, na której widnieje „ogolić
się” oraz „kupić szczotkę do WC”… no a wieczorem odkryliśmy bardzo fajną
wietnamską restaurację, taką o bardzo dobrym, tanim jedzeniu i oryginalnym,
autentycznym wystroju.
- w środę pojechałam metrem do centrum – po raz
pierwszy od zamachów. Nigdy nie myślałam, że mogłabym o czymś takim pisać jako
wielkie przeżycie, ale to było wielkie przeżycie (prze-życie). Strasznie, ale
udało się. Back and forth. Wieczorem teście nam oddali dziecko –
wszystkie strony wydają się być zadowolone z układu! Tant mieux!
- w czwartek rano dowiaduje się, że ojciec mój
półprzytomny w szpitalu. Wyszedł z domu wieczorem, upadł na jezdnie, złamał
bark, zmiażdżył rękę, pogotowie go zabrało, matkę powiadomiono o północy, że
się znalazł, przy czym on nawet nie pamięta, że wyszedł z domu. Będę realizować
pewne kreatywne zlecenie dla pewnej znanej osoby J najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że ja
po prostu do niej napisałam, znaleziwszy ją w necie i sama sobie wszystko
zawdzięczam!
- w piątek dowiaduję się, że może wezmę udział
w fajnym, rozwojowym projekcie… niestety podczas już zaplanowanego urlopu...
C.d.n!

Commentaires
Enregistrer un commentaire