Wokół Dobrej Nadziei
Jak pisałam, z Kapsztadu jest bardzo łatwo
wyskoczyć. „Na” Kapsztad też jest łatwo wskoczyć – na płaskowyż Table Mountain
(Góra Stołowa) jest kolejka liniowa i stamtąd można jak na dłoni podziwiać całą
okolice, zrobić sobie romantyczną kolacje, wspiąć się po pracy, by rozłożyć
napięcie, itd.
Wyskoczyliśmy do Camps bay, nad-oceanicznej
dzielnicy Kapsztadu, w której jest tak pięknie, że bez problemu mogłabym się
tam przeprowadzić, choćby jutro. Spokojna, super położona, nad plażą, z wieloma
dobrymi restauracjami, choć nie kiczowato-turystyczna. Ogólnie moja stopa życiowa podniosła się – w
domu nie mam zdalnie sterowanego światła ani klimatyzacji, nie mam wanny na
środku pokoju oraz nie jeżdżę Hondą ix35 J
Udaliśmy się też do Przylądka Dobrej Nadziei,
ciekawa wycieczka ze względu na sam obiekt jak i na drogę (wzdłuż oceanu) i na
napotkanych po drodze ludzi. Mijamy plaże surferów i hipisowskich klimatów,
plaże pingwinów (na zdjęciu!), delfinów i wielorybów, niezliczone wraki okrętów…
Zawsze mnie ilość napotkanych starszych osób
(oczywiście podróżowanie kosztuje, a w zdrowych gospodarkach, to ludzie w
drugiej połowie życia mają kasę), rowerzystów, ludzi podróżujących z małymi
dziećmi, nawet ludzi na wózkach (tu akurat wszędzie są udogodnienia) – zadziwia,
in plus oczywiście.
Z Wikipedii: Europejskim
odkrywcą przylądka był w 1488 r. portugalski żeglarz Bartolomeu Dias, który
nazwał go Przylądkiem Burz. Nazwa została zmieniona przez króla Portugalii Jana
II na Przylądek Dobrej Nadziei, gdyż było to miejsce, którego osiągnięcie
dawało nadzieje na dotarcie na Daleki Wschód.
Commentaires
Enregistrer un commentaire