N7 do Namibii, czyli ciężarówką przez pustynię

Dzień 1

Start! Po tym jak taksówkarz chciał nas oszukać (ale nie udało mu się!), ruszamy z Kapsztadu o 8:45 specjalną ciężarówką wraz z 18 innymi podróżnikami N7 do Namibii.

Pierwszy przystanek: punkt widokowy na Table Mountain/Góry Stołowe/, ale niestety mgła uniemożliwia podziwiania obrazku w pełnej krasie. Większości nie chce się wychodzić z pojazdu, robią „leniwe zdjęcia”, opuszczając po prostu szybę.

Drugi przystanek: centrum handlowe na ostatnie niezbędne zakupy, kawę, bankomat, siusiu.

Jest na 20: 6 chłopaków, 14 dziewczyn; wiek od 22 do 58; ponad powoła grupy jest niderlandzkojęzyczna, od Nowozelandczyków po Belgów, prawie połowa na tzw. „career break” czy też „gap year”. Opuszczając swoje kariery zawodowe, robi sobie kilkumiesięczną przerwę w życiu i podróże po świecie. Nasza grupa wydaje na szczęście zdyscyplinowana i proaktywna, sympatyczna i dobroduszna.

Kadra to 3-osobowa ekipa (2 panów z Zimbabwe, 1 z RPA): 1 teamleader/kierowca, 1 asystent i 1 kucharz. Są oddani, profesjonalni i pracowici. Jedzą po nas, gdy wszyscy już sobie nałożą na talerz. Każą nam myć ręce mydłem i wodą, nie żelem dezynfekującym.

Dojeżdżamy do pierwszego obozu przed 17. Jest trochę jak w wojsku. Morrison nam pokazuje jak rozłożyć namiot i jak go złożyć. Będziemy to robić dwa razy dziennie przez następny tydzień. Prysznic. Kolacja. Ognisko. Wszystko niespodziewanie dobre, gdyby nie pobudka dnia następnego o 5:20.

Lunch pod gruszą, która wcale gruszą nie była

A tak mniej więcej wyglądały nasze obozy

Dzień 2

Dziś będziemy w drodze od 7 do 17. Z przystankami, ale zawsze. Na „lunch” – w postaci sałatki, chleba, wędlin i owoców – rozbijamy się przy szosie. Szybkie, proste i pożywne. Chłopcy grają w piłkę.

Obóz mamy dosłownie pod granicą z Namibią, którą stanowi pomarańczowa rzeka/Orange river. Piach czuje się w powietrzu. W oczekiwaniu na kolację, ludzie gadają, grają w coś (piłkę, karty czy też na harmonice), łowią ryby, piją piwo. Namibia, której nazwa pochodzi od pustyni Namib, jawi nam się jako absolutne pustkowie, gdzieniegdzie jakieś wzniesienie.

Granica namibijska

Dzień 3

Dzięki 4 współpasażerom, który zdecydowali się na kajaki, opuszczamy obóz dopiero po lunchu. Nie musimy więc zrywać się o 5:00, cały ranek mamy dla siebie, w słońcu. Teamleader do nas: „jeśli macie narkotyki, zużyjcie je przed granicą” :-)

Przekraczamy granicę, nie odbyło się bez problemów jako że jeden kolega posługuje się dwoma paszportami (USA/Belize). Mamy więc opóźnienie, mkniemy przez pustynię, widzimy zebry, mamy pół godziny na rozłożenie namiotów, by zdążyć do Fish River Canyon na zachód słońca. Widok zapiera dech w piersi, nie można tego do niczego porównać. Zauroczeni idziemy na spacer wzdłuż kanionu, te kolory są nie do opisania, ludzie szaleją ze zdjęciami. Wracamy na kolację, po szybkim prysznicu, zasypiam od razu. Jeszcze nie ma 21:00.   




Dzień 4
– połowa „obozu” (czasem czujemy się jak w harcerstwie)

Pobudka o 5:20 jako że odległości są ogromne (dziś 550km). Teamleader trochę nie w sosie, może źle spał, może grupa nie zawsze skoordynowana. Albo jedno i drugie. Nawet jeśli nam się ta przygoda bardzo podoba, jest nie mniej jednak fizycznie męcząca i nie mamy czasu dla siebie.
Docieramy w porę na krótki spacer po kanionie Sesriem.
Nie jest to Święto Zmarłych jak inne i szczerze mówiąc bardzo się cieszę, że udało mi się w tym roku uniknąć dziurawych dyni…

Dzień 5

Jeśli myślałam, że wczorajszy dzień był męczący, byłam w wielkim błędzie. Otóż dziś, w niedzielę, musieliśmy wstać o… 4:20 by zdążyć na wschód słońca, który to wschód słońca mieliśmy podziwiać ze szczytu pewnej wydmy, Dune 45 w Sossusvlei… Wydma jest wysoka, było cholernie zimno (nigdzie w Afryce tak nie zmarzłam jak w Namibii) i chmury zakrywały słońce… ale było warto! Co za przygoda! A jakie kolory! Przez żelazo w ziemi, piasek jest tu czerwony, a przy świetle pojawiają się wszystkie odmiany różu, czerwieni i pomarańczy…


Więc suma summarum byliśmy wdzięczni za zwleczenie nas spod namiotów zwłaszcza że po powrocie czekało na nas śniadanko na ciepło (po raz pierwszy i jedyny). Od razu po nim ruszyliśmy (przesiadając się na jeepy) do Deadvlei, które jest czymś à la glinianym wymarłym bagnem z kilkoma martwymi drzewami (a raczej pozostałościami po nich), otoczonym innymi wydmami. To właśnie te wydmy (a raczej piasek) odcięły drzewa od dopływu wody. Ale pieńki, liczące sobie dziś jakieś 900 lat, utrzymały się na miejscu, tworząc niecodzienny, niesamowity widok. Taki pocztówkowy.




Wróciliśmy do naszego obozu, gdzie mieliśmy półtorej godziny na zwinięcie namiotów, odpoczynek i lunch. Przy kawie spotkaliśmy parę Belgów, którzy na motorze przez 3 miesiące objeżdżają południową oraz wschodnią Afrykę. Panowie w wieku +/- 45 :-)

Nasz trzeci przystanek był w mieścinie o nazwie „Solitaire” (bo tam nic nie ma!), znanej z całkiem sporych wiewiórek naziemnych, starych maszyn i samochodów, które czynią z niego coś à la skansen oraz z… pysznych, serwowanych na ciepło, domowych szarlotek J W Solitaire mieszkają 92 dusze.




Czwarty przystanek tego dnia (który się zaczął o 4:20!) był w naszym ostatnim obozie – 13.800 hektarów żywej pustyni otoczonej wzniesieniami, należących do jednego właściciela! Pan pracował kiedyś w mieście przy ubezpieczeniach, ale stwierdził, że to nie dla niego, więc zamienił buty na chodzenie na bosaka. Żona Japonka i roczna córeczka też chodzą boso :-) Pan właściciel nas obwiózł po swojej pustyni jeepem, opowiadał nam o wymierających buszmenach oraz o tym jak przeżyć na pustyni. Dlaczego, według niego, znalezienie jedzenia, picia oraz schronienie się przed słońcem nie stanowi problemu, a deszcz tak. Zafundował nam też, na swoich włościach, piękny zachód słońca :-)

Ostatnią atrakcją tego długiego dnia było spanie pod gołym niebem, na materacach i pod śpiworami, mając na sobie wszystko, co można było na siebie nałożyć. Celem tego eksperymentu było obserwowanie zebr, które w nocy podchodziły do wodopoju… oczywiście metafizyczne przeżycie! Bardziej od zimna (według Męża było +4C) przeszkadzał mi… księżyc, który świecił mi prosto w twarz :-)

Dzień 6

Pobudka o 6:15, wyjazd o 7:30. Mimo tego, że nasza ciężarówka się zepsuła, nie mamy jakiegoś specjalnego opóźnienia. Skończyłam Salingera, ponad 500-ciu stronicową biblię, z którą wszyscy zaczęli mnie utożsamiać.  

Zatrzymujemy się 1/ przy zwrotniku koziorożca, 2/ księżycowym krajobrazie, 3/ flamingach w Walvis Bay (nazwa od wielorybów). Wieczorem dojeżdżamy do Swakopmund, naszego punktu nad oceanem. Swakop jest takim poniemieckim kurortem wakacyjnym, co oznacza powrót – niestety – do konsumerskiej cywilizacji…

Wieczorem kolacja w prawdziwej restauracji, ale wcale nie było lepiej niż gdy nasz kucharz nam przyrządzał posiłki pod gołym niebem.

W Swakop i Windhoeku wszystko są "Strasse, Artz, Bahn"...

Dzień 7

Dzień wolny, przeznaczony na sport… Ze względu na stan zdrowia, zostaję na miejscu i wypoczywam; Mąż się wybrał za to na sandboarding :-)



Ostatni dzień w Namibii spędzamy na dojeździe do stolicy, Windhoek. Co ciekawe, do poniemieckich naleciałości, dołączają tu portugalskie – z graniczącej z Namibią Angoli…

No i nasza tygodniowa przygoda w grupie 23-osobowej dobiegła końca… Żal nam się rozstawać! Jesteśmy pod wrażeniem i kraju, który na w zasadzie wszystko do zaoferowania – od oceanu po pustynię – i biura turystyki aktywnej, które w sposób bardzo profesjonalny zorganizowało tą bezproblemową, zróżnicowaną w wrażenia podróż. To był dobry, i w zasadzie spontaniczny, wybór.

Ich motto to:
„Zaprzyjaźnij się z kimś spoza twojej grupy wiekowej. Otaczaj się ludźmi, których pierwszy język jest inny od twojego. Poznaj kogoś z innej klasy społecznej. Tylko w ten sposób poznasz świat. Tylko w ten sposób się rozwiniesz”




Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze