Nazywała się Julianna Janina...
Była dziwna. Nie w złym
znaczeniu tego słowa, raczej oryginalna, niepowtarzalna, jedyna w swoim
rodzaju. Nie gotowała pysznie, nie żyła przeszłością, nie zbierała pamiątek,
nie opowiadała historyjek. Nie lubiła świąt („co rok to samo”). Była
bezceremonialna – potrafiła, w czasie posiłku, stwierdzić „my nawet nie wiemy,
co za gówna jemy”. Albo w trakcie tych mało lubianych świąt, podczas czegoś co
można by nazwać namiastką (tudzież parodią) dzielenia się opłatkiem, wyjeżdżała
z „o, zróbcie głośniej, pogoda leci!”.
Była wybitnie
anty-babciana, żyła według własnego systemu wartości.
Nie miałam z nią łatwo,
potrafiła mnie wyrzucać z domu, wyrzucać moich narzeczonych; nie przyszła – nie
wiedzieć czemu – na mój pierwszy ślub, nigdy nie obdarowywała prezentami.
Ale też słyszałam, że
rzuciła swoją pracę, by móc być przy moim porodzie w Libanie.
Wiem, że jej
bezceremonialność była pancerzem ochronnym – była doświadczona przez los, tak
jak całe pokolenie międzywojenne. Narzekała, ale nie skarżyła się. Potrafiła
„umierać” jednego dnia (naprawdę źle się czuć, nie symulując tak jak niektóre
starsze osoby, by zwrócić na siebie uwagę), a następnego zmywać naczynia o
własnych siłach.
Zrosła się z domem,
który dziadek wybudował w latach 1950.
Lubiła podróże, książki
podróżnicze, Chmielewską i puzzle.
Chciała zobaczyć Wielki
Kanion.
I przeczytać moją
książkę… nie zdążyła, a raczej ja nie zdążyłam.
Ostatnim razem, gdy ją
widziałam, przykazałam jej czekać na prawnuczkę. Zmarła w 6 dni po jej
narodzinach. Niespodziewanie, mając 84 lata i wcale nie będąc najbardziej
chorą osobą, którą znam. Serce stanęło. Odeszła jako pierwsza z 4 rodzeństwa.
Miałam dla niej
przygotowane zawiadomienie o narodzinach Eliany.
Była dziwna, ale była m o j ą babcią. Nie wyobrażam sobie
życia bez niej.
Nazywała się Julianna
Janina…
Commentaires
Enregistrer un commentaire