O trampkach, Świętej Łucji i Marcinie Mellerze

Dziś, w przeciwieństwie do wczoraj, kiedy nawet już mi w G. zamku nie chciało się szukać (schował mi się za Pałacem Księży), byłam w szczytowej formie (nie, niczego nie paliłam). Zaczęłam od zakupu „50 twarzy Greya”, bo jeszcze nie znam, a jako literaturoznawca uważam, że mogłabym mieć własne zdanie (jakiekolwiek by ono nie było) na ten temat. Przy okazji pomyszkowałam w portugalskojęzycznej księgarni, a jak wiadomo, książki i języki lubię, więc byłam w swoim żywiole.

Luksusowym i bardzo wygodnym autokarem (wi-fi, TV, toalety, cuda wianki) wybrałam się do oddalonej o godzinę jazdy miejscowości Viana do Castelo. I tu pławiłam się w otaczającym mnie pięknie, owlekającym mnie słońcem, olśniewającymi mnie widokami. Zjadłam coś tam nad wodą (ujście rzeki Limy do oceanu), kupiłam sobie buty, robiłam zdjęcia kafelkom, miałam iść na kawę za 0,65 centymów i niczego mi więcej do szczęścia nie brakowało.

Sms od Portugalskiego Przyjaciela (PP): „a na Św. Łucji byłaś widok zobaczyć?” Na żadną świętą ani mi się śni człapać – pamiętam jeszcze Dobrego Jezusa sprzed dwóch dni. Mam się też dobrze bawić, to moje ostatnie dni w jego kraju.

PP poświęcę kiedyś oddzielny wpis – jest kimś więcej niż przyjacielem, jest wzorem do naśladowania, przewodnikiem! (tak naprawdę, to że w ogóle się tu znalazłam zawdzięczam mu – bo czy ktokolwiek, kiedykolwiek słyszał o jakieś „Vianie”, i to w dodatku „do Castelo”??) Bardzo dużo nas łączy, niemniej jednak jest on „tylko” przyjacielem (precyzuję, bo gdy pojechaliśmy razem na Wyspy Zielonego Przylądka, różne słuchy krążyły na nasz temat, a tam naprawdę – mimo tego, że spaliśmy w jednym łóżku – nie działo się NIC, nie żebym nie chciała, ale to wszystko to prehistoria!). Skoro PP mówi, że warto na Łucję iść, to trzeba na Łucję iść, kawę wypiję później.

No i PP znów miał rację – widok zapiera dech w piersi, słońce gładzi mi buziuchnę, jestem nie tylko na 250 m n.p.m., ale też na innym, wyższym, szczeblu uniesienia. Chcę tu się przenieść i założyć osadę.

Chyba z godzinę tam siedziałam, u stóp kościoła świętej od oczu. Dodajmy – z Marcinem Mellerem. To znaczy nie z nim, ale z jego książką o wariatach. To bardzo dobry zbiór reportaży. Autor jest skromny, ale jednocześnie zna swoją wartość. To tak jak ja J Byle błahostkę potrafi wnieść na poziom absurdu, no i to słownictwo! Miód dla uszu! 

A, i jeszcze o butach miało być… Nabyłam se trampki, za 7,50, takie do latania… ale jako że przyroda próżni nie lubi, a jestem kobietą, musiałam sobie też kupić w tej całej Vianie obuwie bardziej doskonałe (czytaj: droższe).
Buciczki będą już na ślub J 


To był dobry dzień!



Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze