Porozumienie bez granic

Dziś wybrałam się do Guimarães, kolebki Portugalii i jej pierwszej stolicy. Miasto wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO i takie tam. Ale o tym można sobie poczytać w Internecie.

Chciałam raczej podzielić się uwagą, jakie to ważne – ważne dla obopólnego porozumienia, że Skarbek mógł mnie odwiedzić przez kilka dni. Tak sobie myślę, że gdyby do mnie nie przyjechał, nie miałby pojęcia, o czym mówię, niezależnie od tego jak często jesteśmy w kontakcie. Nie wiedziałby jakiego fioła mam na punkcie kafelków (bo by mnie nie widział latającej jak opętana jakaś od fasady do fasady i pstrykającej ścianom zdjęcia), nie wiedziałby co mam w zwyczaju sobie fundować rano (um cortado e um pastel de nata), nie wiedziałby czym się różni Porto Campanhã od São Bento. Nie dzieliłby mojej nowej rzeczywistości. To wszystko byłyby dla niego jak puste naczynia. A tak... przyłącza się do mnie i do mojej nowej rzeczywistości (niezależnie od tego, czy jest w Brukseli czy Nowym Yorku), żyje tym, że odkryłam nowe kafelki, nowy skrót, nową kawiarnie… niech słońce mu zawsze świeci!


A Guimarães… no cóż, odhaczone, ale bez granicznych doświadczeń!



Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze