2015, jaki był i nie był
Nie
lubię zimy. Zimy w mieście, zimy byle jakiej. Zwłaszcza w kraju, w którym gdy
posypie 2cm, jest narodowy paraliż. O ubieraniu siebie i dziecka na cebulkę
nawet nie wspomnę, zwłaszcza gdy podczas spaceru wchodzi się i wychodzi z
różnych miejsc! Jedyny plus zimna na dworze, to taki, że gdy się wchodzi z
powrotem do środka – ma się wrażenie przyjemnego ciepła, nawet gdy w domu jest
tylko +16°C J
A
więc, ten 2015r.:
Dwa
razy straciłam panowanie nad własnym ciałem (poród i operacja)
Niespodziewanie
zmarła mi babcia w 5 dni po narodzinach córki, był
to rok szkoleń (niderlandzki, integracja, komunikacja, infografika), rok
lekarzy, szpitali i aptek, rok wyjazdów „lokalnych” (w Polsce – 4 razy, na
Węgrzech, w Holandii, Niemczech, Luksemburgu, Portugalii i we Francji) i rok
książek: wyszła druga książka, podpisałam umowę na trzecią, zaczęłam prowadzić
Klub książki, piszę dwa blogi, odwiedziłam więcej bibliotek niż odkąd jestem w
Belgii, testuję różne formuły kreatywnego pisania.
Największe błogosławieństwo: mój żłobek. A
największą porażką jest oddawanie dziecka w palcie narzuconym na pidżamę (150m
od domu)
Rok dyskusji, kłótni, presji
ale i również inspiracji, jak przede wszystkim stawiania sobie pytań kim jestem
i czego ja tak naprawdę chcę. Czas pokaże czy zbliżyłam się do siebie; na pewno
kilka rzeczy mi się wykrystalizowało J
Przed
nami kolejne wyzwania – welcome, jestem gotowa!
Commentaires
Enregistrer un commentaire