Prawie idealna sobota
…
prawie, bo za dobrze być nie może J
Dawno nie mieliśmy tak idealnej soboty mimo zalążka kłótni, którą udało się
zażegnać, mimo okrutnego bólu głowy, którego padłam ofiarą podczas spaceru i
kilku łez wylanych tradycyjnie na poczet poszukiwania tożsamości. Były za to
rozmowy, ale nie typu tego „jak minął kolejny (beznadziejny) dzień”, tylko te
bardziej konstruktywne, o tym, gdzie byśmy chcieli być (oczywiście
metaforycznie) J
Był
spacer (sklep zabawek edukacyjnych, gdzie kupiliśmy super fajne klocki), basen,
gotowanie, czytanie, oglądanie filmu („Dzienniki motocyklowe”) a najważniejsze
bycie tylko we 3, co potwierdza moją teorię, że co za dużo to nie zdrowo.
Po
rozpoczęciu tudzież tylko przekartkowaniu trzech książek, które wypadały mi z
rąk, zabrałam się też za autobiograficzną powieść Dian Fossey, słynnej
prymatolożki, która swoim entuzjazmem wręcz zaraża J
W
niedziele już bardziej interaktywnie, bo trzeba było wyjść do ludzi – rano
brunch z fajną parką w fajnym nowym dla nas miejscu (polecam rodzinom z dziećmi
– Chicago Café
w Brukseli) a wczesnym popołudniem – Klub książki, gdzie się
poznało i nowych ludzi i nowe książki.
Oby
więcej takich weekendów, chciało by się rzec, ale prawda jest taka, że to tylko
od nas zależy jakie one będą…

Commentaires
Enregistrer un commentaire