Las Galeras
Pada, ale to dobrze, bo ostatnio bylo po
prostu za goraco. Siedzimy z Narzeczonym na tarasie naszego dominikanskiego
domku, on gra w Bejeweled (nasze odkrycie roku), ja walcze z brakiem polskich
znakow na jego komputerze i mimo tego calego deszczu upajam sie widokiem na
Ocean (do ktorego mamy 150 metrow), na drzewa palmowe, lodeczki i bujna zielen.
W planie na dzis mamy doslownie nic. Pisac, czytac, zrobic drobne zakupy
(Narzeczony dzis gotuje), spacer, plaza, tudziez jacuzzi, kawka, drinczek. Ewentualnie
mozna tez cos zalatwic przez internet – ale tylko mile, niezobowiazujace rzeczy,
typu kupic bilety na koncert Rafala Blechacza. A wiec, jakby
powiedziala moja Kasienka, wszystko super.
Choc super od samego poczatku nie bylo.
Na lotnisku wyszlo na jaw, ze Ona zarezerwowala nocleg w A, podczas gdy On
kupil bilety do B, przez co 1/ stracili pieniadze za A, 2/ trzeba bylo
blyskawicznie wymyslec plan B w B.
Potem juz tylko bylo z deszczu pod rynne: pierwszy nocleg fajny, ale daleko i
czulam sie jak w wiezieniu; drugi nocleg mial fantastyczny basen, ale to by
bylo w zasadzie na tyle, a trzeci - choc centralnie polozony - okazal sie byc
domem schadzek, w ktorym glosne imprezy trwaja do rana a budzila cisza.
Anyway, na sam lot Dreamlinerem, mimo
tego ze dlugi, nie moge narzekac: sluchalam Michaela Buble, obejrzalam pol Wielkiego
Gatsbiego (podobal mi sie!), gralismy z Narzeczonym w klejnotowa gre.
Przerobilam tez zeszlotygodniowa Polityke, Wysokie Obcasy Extra oraz zaczelam
Bator o Japonii, ale jakos srednio mi wchodzi.
WOE, jak wykle, bardzo ciekawe, blisko
zycia. Miedzy innymi o ksieznej Grace Kelly, ktorej granie na scenie lepiej
wychodzilo niz w zyciu; o wybaczaniu (trzeba pogodzc sie z tym, ze nasze zale,
choc moga byc calkiem sluszne, bynajmniej nie sa najwazniejsze na swiecie;
wazniejsze od tego, czego nie mozna zrobic, jest to, co mozna zrobic); o sztuce
(w sredniowieczu czlowiek sztuki potrzebowal: na jarmarku „kupowal ges, miod i
jeszcze wzial odbitke z jakas scena z ‘Apokalipsy’ do domu”).
Po przezyciu wiec roznego rodzaju
mniejszego i wiekszego kalibru przygod i nieprzygod (autokar z Santo Domingo do
Samany sie zepsul na samym srodku drogi), wyladowalismy w malutkiej
miejscowosci, skadinad uroczej, Las Galeras, w ktorej chyba jedna trzecia mieszkancow nie wiedziec
czemu to Francuzi. Ale po naszej niemalze tygodniowej tulaczce, to miejsce dosc
bliskie wyobrazeniu „raj na ziemi”. Poki co, niczego wiecej nie potrzebujemy. Przestalo padac J

Commentaires
Enregistrer un commentaire