Księżycowe góry

Pierwszy trzytysięcznik w życiu – zaliczony!
Normalni ludzie wspinają się na Rysy, Alpy czy też Elbrus; my się wspinamy na Rwenzori…

Otóż właśnie wróciliśmy z trzydniowej wyprawy w tutejsze, graniczące z Kongiem, góry. Nie jestem specjalnie górska (a nawet jestem bardziej nizinna), ale nie wybrzydzam i nad swoją wygodę stawiam (najczęściej) na różnorodność doświadczeń. Formuła all-in: posiłki, transport, przewodnik, wstępy wliczone J

Towarzyszy nam Róża, lat 29, chyba woląca kobiety, mająca poważny problem z jednym okiem. I to nie jedyny jej problem. Jak inni tu ludzie, Róża ma problemy z twardymi danymi: fakty, liczby, daty jej się mylą. Czasem też biorą publiczne za prywatne (pieniądze). Albo oni są tu wszyscy trochę zakręceni, albo po prostu nie przykładają do twardej wiedzy takiego samego znaczenia jak my (którzy przecież lubimy i musimy wszystko wiedzieć). Dlatego też wszystko co mówią, dzielę przez co na mniej trzy. Jednakże jeśli twój przewodnik nie wie na jakiej wysokości się właśnie znajdujesz, rodzi to pewnego rodzaju pytania. Przynajmniej z mojej strony J

Gospodarzem naszej pięknie położonej bazy (na zboczu gór – zapierający dech w piersi widok) jest Eliasz, 50+, adwentysta dnia siódmego, 7 dzieci z dwiema kobietami (siostrami), 3 córki, 4 synów (czy na odwrót). Bardzo miły i skromny, okazuje się że jest prezesem, nazwijmy to, stowarzyszenia gmin – w Kenii też tak było, oni tu się zrzeszają na wszelkie sposoby, żyją w wspólnotach. Prawda jest taka, że jeden farmer wiele nie wskóra, ale 100 farmerów już coś może. Zwłaszcza przy pomocy zapomogowych kas wspólnotowych. Ale do Eliasza jeszcze wrócę.

Łazimy tak więc po tych górach, spotykając tubylców pracujących w tych ciężkich warunkach w polu – najczęściej na bosaka, ubranych byle jak, bez wody ani jedzenia.

Zakochujemy się powoli w Ugandzie, która w porównaniu z trochę przereklamowaną Kenią, wydaje nam się piękniejsza (mimo to że uboższa) i w której ludzie mają postawę mniej roszczeniową. Zabawki robione są z liści czy drzewa bananowca, a nierzadko kobiety w polu noszą na swoich plecach przez cały dzień niemowlęcia – tu o żadnej gimnastyce pre- (tudzież post-) natalnej chyba nikt nie słyszał. Głupio mi, że ledwo żywa schodzę, w moich markowych butach trekkingowych, podczas gdy bezzębne staruszki, niemalże gołe ale za to bardzo wesołe, i na dodatek z kilkunastokilogramowymi ładunkami na głowach, dosłownie z tej samej góry zbiegają.

Ostatniego dnia wspinamy się na 3012m n.p.m., oprócz naszej Jednookiej jest z nami tzw. ranger – specjalny przewodnik i stróż parku narodowego w jednej osobie. Ranger i jego strzelba większa od niego samego nie napawają mnie optymizmem, no ale cóż. 

Mąż w swoim żywiole, jest bardzo wrażliwy na sprawy przyrody i jej konserwacji. Robi zdjęcia liściom, zatrzymuje się przy każdej dżdżownicy. Ja chcę tylko wejść na szczyt i zejść. Nasuwa mi się filozoficzna uwaga, że idąc na górę jest zawsze nadzieja, a ze szczytu jedyna droga prowadzi w dół. Nie mniej jednak uważam, że taki pełny dzień marszu jest bardziej nobliwy niż siedzenie na czterech literach i robienie jakiegokolwiek „researchu”.

Wieczorami u Eliasza ognisko i rozmowy przy ognisku. Rozmowy są o wszystkim i o niczym. Nasze pytanie o percepcję szczęścia nie zostało zrozumiane (chodziło o to, że szczęście, czy też poczucie szczęścia, nie idzie dla nas w parze z poziomem zamożności) i jak oni się na to zapatrują.

Gdy temat schodzi na kawę, Mąż zostaje proszony o konsultacje. Głównym problemem farmerskiej grupy kawowej jest brak gotówki i komunikacja (a raczej jej brak, w sensie niedoinformowania), a tu trzeba sobie radzić z dystrybucją, z konkurencją, z pośrednikami.

I tu gorący apel o używanego, ale sprawnego laptopa. Laptop i Internet bardzo by usprawniły ich działalność, choć są świadomi kolejnych wyzwań z nimi związanych: takich jak łącza, dostęp do prądu oraz umiejętności w ich obsłudze. Szkolenia oraz panele słoneczne rozwiążą dwie ostatnie pozycje, ale zakup nowego laptopa przekracza ich możliwości.
W zamian Eliasz może zaproponować darmowy, tygodniowy nocleg w jego przyjacielskiej bazie J   







Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze