Miasto i MIASTO

Kisumu, które było bazą wypadową przez dwa tygodnie, stało się niespodziewanie naszym domem. Dla mnie, która objechała całą Malezję z Singapurem w 12 dni, 8 nocy w jednym miejscu było nie lada wyzwaniem, zwłaszcza że miejsce nie miało zbyt wiele do zaoferowania, nie licząc sprzedaży ulicznej wszystkiego od używanych butów do prażonej kukurydzy. Lub kabli elektrycznych i kafelków łazienkowych. Inna sprawa, że też świadomie nie skorzystaliśmy z wszystkiego (z hipopotamami już się zaznajomiliśmy, stateczek sobie zostawiamy na Ugandę, a sanktuarium impala – uwaga, impala to nie bóstwo, lecz zwierzę, ssak z rodziny krętorogich – było za drogie; zresztą impala też widzieliśmy już w parkach narodowych).

Chodziło więc o typowe slow travel, z czasem staliśmy się w Kisumu rozpoznawani, mieliśmy swoje ulubione kawiarnie, wiedzieliśmy, gdzie można dobrze zjeść, gdzie skorzystać z internetu, gdzie wypić dobrą kawę, kiedy jest ciepła woda. Odkrywaliśmy stopniowo, nie spiesząc się, zostawiając sobie na ostatni dzień muzeum oraz masajski targ. Niby brzydkie i nieprzyjemne, a spędziliśmy bardzo miłe momenty chodząc na kolacje w 8 osób, przebywając na roof-top barach, gdzie wieje orzeźwiająca bryza, pijąc wino itd. itp. Więc, mimo tego wszystkiego powyższego oraz faktu, że z dwa razy do Kisumu nas zatrzymano na drodze (nie wiem czy chodziło o łapówki i tego nie chcę wiedzieć), nudno nie było nigdy.

Niemniej jednak to tylko „miasto”, a nadszedł czas na MIASTO. Po 40-to minutowym locie znajdujemy się w Nairobi. Już się tak nie boimy i rozumiemy coraz więcej. Na przykład, wielki baner na lotnisku („the migration has begun”), bezbłędnie kojarzę z wielką migracją gnu kręgowatego z tanzańskiego Serengeti do kenijskiego Masai Mara, migracja gnu kręgowatego, to nie byle jaka migracja.

Witam. Jestem drugim największym miastem w Afryce. Mam do zaoferowania godzinne korki, pola golfowe, salsę, jazdę konną, karting, paintball, multipleksy oraz ścieżki rowerowe. Jestem stolicą kulinarną (tu zjesz najlepszy makaron i najlepsze lody ever), mam ceny europejskie. Jestem miastem perskich dywanów oraz prażonej kukurydzy. Słynę z wszechobecnych kontroli osobistych.

Jestem niebezpieczne, ale N., Holender, znajomy Męża, który was będzie gościł, mieszka w jednej z bogatszych dzielnic, na podwójnie strzeżonym osiedlu z basenem dla kenijskiej klasy wyższej oraz pracowników międzynarodowych firm. N. mieszka wraz z żoną i innymi Holendrami w przestronnym, dwupiętrowym mieszkaniu. Gotują sobie na zmianę, zmywają na zmianę, pranie puszczają na zmianę, co weekend goszczą znajomych, co jakiś czas wypad po sąsiednim kraju. Jest im tu ogólnie bardzo dobrze.

Po drodze z lotniska, N. i Mąż będą rozmawiać o ekonomii, pomocy rozwojowej, informatyce. Otóż N. zarządza pół milionowym multimedialnym projektem (euro) związanym z kampanią uświadamiającą młodych o AIDS. Po raz kolejny zdziwisz się, że rozpiętość tematów jest dużo szersza u facetów niż u kobiet.


N. zabierze was do centrum handlowego, gdzie oczy niemalże ci wyjdą na wierzch. Tutaj małe dzieci nie muszą nosić wody. Od tego bogactwa oraz kontrastów rozboli cię głowa. A to dopiero początek J


Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze