Uganda: stażystka, siostra czy kochanka?

Nic nas tak nie przekonuje do siebie jak odległość. Ledwo co opuściliśmy Kenię, zaczęliśmy tęsknić, nie tyle za krajem, co za znajomą strukturą. W Kenii, rzucaliśmy radosne „jambo” oraz „asante sana” (cześć, dziękuję bardzo) na prawo i lewo, wiedzieliśmy jak działa dany operator komórkowy, ile jest wart kenijski szyling. Tu, przez mnogość języków, ciągle nie wiemy jak jest „dziękuję”, ugandyjski numer mieliśmy dopiero po trzech dniach, trzeba było przyzwyczaić się do nowej waluty (też szyling, ale ugandyjski, zupełnie inny przelicznik), wszystko odkryć na nowo.
Ale każde nowe staje się stare, a każde stare było kiedyś nowe J

„Perła Afryki”, jak o sobie lubi mówić, jawi nam się jako egzotyczna, bo mało znana, w przeciwieństwie do większości krajów, które ostatnio ja lub większość moich znajomych zwiedziła (załóżmy, że komercyjnych). Jest może trochę czyściej (w miastach), jakby mniej patroli na drogach, mniej tłoczno na ulicach, bardzo zielono, drogi niezłe, piwo lepsze. I chyba mniej krów (mniej pastwisk!). Porównania z sąsiadem nieuniknione.

Fakty:
Dawne królestwo Bugandy
Kolonia brytyjska do 1962r.
32 miliony ludzi, średnia wieku 15 lat (!)
84% chrześcijanie
Kenia oczywiście jest be

Do niedawna Uganda myliła mi się z Ruandą, tak jak Kampala myliła mi się z Kigali, nie mówiąc już o Entebbe, które bym co najwyżej i z wielkim entuzjazmem wzięła za odmianę mrówek. A to międzynarodowy port lotniczy J Po trzech dniach (dopiero czy już?), czujemy się niemniej jednak jak w domu, mamy swoje odnośniki, skróty są już nam znane.

Lubimy być w drodze i lubimy odkrywać. Poznawanie samo w sobie jest wartością. Nie szukamy niczego. Tylko w ten sposób możemy się przekonać, czy „normalne” życie które wiedlibyśmy w Europie, jest świadomie wybrane przez nas czy defaultowe. Czy tęsknimy. I do czego.
Inwestujemy w siebie.

Każdy dzień w Afryce jest wyzwaniem. K a ż d y. Codziennie coś jest nie tak. Wydawałoby się najprostsze rzeczy okazują się być problemem (ciepły prysznic, dostęp do Internetu – nie chodzi o fb, tylko o łączność ze światem  wypicie dobrej kawy, pobranie pieniędzy z bankomatu). Nie mówię o większych rzeczach typu oddawanie się w ręce niekompetentnego kierowcy, który kreuje się za przewodnika (i tym samym generuje stratę jeszcze większej ilości pieniędzy) (1). Ale przezwyciężając przeciwności losu, budujemy nowe wspomnienia oraz stajemy się związkiem silniejszym i bardziej doświadczonym J

Jak jest bardzo źle (co drugi dzień mówimy sobie: „wracamy!”), trzymamy się pozytywów: dobra, przynajmniej jest prąd, nie śmierdzi, jest w miarę czysto i taniej niż w Kenii. Przede wszystkim bezpieczeństwo, komfort jest na drugim miejscu. Pal licho, że nie na Internetu oraz ciepłej wody. Musimy się trzymać zasady, że jeśli oboje zaczniemy się użalać, to koniec.

Odzyskawszy kontrolę nad swoim życiem, poczuliśmy się od razu lepiej, dokonując własnych wyborów (gdzie spać, co jeść i kiedy). Nie chcemy z Fort Portal wyjeżdżać J

Ps. Hemingway, którego właśnie usiłuję intelektualnie przetworzyć, średni – nowelki nie są i nigdy nie będą moim żywiołem (zawsze mam wrażenie, że coś mi umknęło, będąc przyzwyczajona do 400-stu stronicowych powieści).

(1) mieliśmy pierwsze 6 dni w Ugandzie spędzić na safari z Johnem – „kierowcą/przewodnikiem” z polecenia (choć najprawdopodobniej nastąpiła pomyłka). Niestety okazało się, że profesjonalność nie jest jego najmocniejszą stroną. Znów – wszystko się obiło o poziom usług i o ludzi. Jeśli cały czas zachodzisz w głowę, czy gościu cię nie obskubie z twoich pieniędzy, to nie sposób się cieszyć z podróży. Zostaliśmy uzależnieni od jakiegoś śliskiego typa, którego IQ nie przekracza chyba 90 punktów i który na dodatek spytał się czy nie przeszkadzałoby nam to, gdyby z nami wybrała się „stażystka”. Spodziewając się młodszej wersji mnie, czyli wesołej, ambitnej, proaktywnej, interesującej kobitki, tuż po studiach, z bardzo dobrym angielskim, przystaliśmy ochoczo na propozycję.

Mojemu osłupieniu nie było granic jak się okazało, że pani jest bliżej końca swojego życia niż początku (oczekiwana dalsza długość trwania życia wynosi w Ugandzie 59 lat), siedziała na tylnym siedzeniu, nie odezwała się do nas ani słowem (jak już, to w lokalnym języku) i w zasadzie była przeciwieństwem tego, co widziałam oczyma wyobraźni. Dla mnie od samego początku i przez cały dzień było jasne, że jest utrzymanką, dopóty wieczorem nie powiedziała, że jest jego… siostrą!   

Nasz kierowca okazał się nie tylko niekompetentny, ale i nieuczciwy. Jako że jesteśmy na te dwie rzeczy uczuleni – i jako że jesteśmy wolnymi ludźmi – opuściliśmy go dużo wcześniej niż to było przewidziane. Jakie to szczęście, że jesteśmy otwarci! Okazało się, że ponownie musieliśmy gruntownie dostosować nasze plany do rzeczywistości, żegnając się z panem J i jego siostrą/stażystką/utrzymanką. Mieliśmy różne myśli: może my się nie nadajemy na Afrykę, albo Afryka się nie nadaje na nas? A może zbytnio nas safari w Kenii rozpieściły?

W każdym bądź razie, kierowca został zatrzymany pod zarzutem łamania przepisów w jednym z parków narodowych (podjechał zbyt blisko do stada lwów). Wybór: zapłacenie grzywny w wysokości USD 150 (oczywiście nie miał) lub areszt.

Tym samym to nasze trzecie zatrzymanie przez najróżniejsze służby w ciągu pięciu tygodni J







Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze