Pożegnanie z Kenią
Skończyłam Karpowicza,
ciekawym językiem napisany, ale poczytadło podróżnicze to to na pewno nie jest.
Zaczęłam „Bokserkę”.
Przeżywamy chwilową zniżkę
związaną ze zmęczeniem: od miesiąca nie spaliśmy w tym samym łóżku dłużej niż
trzy noce (nie licząc nie-warunków Mojżeszowych). Byliśmy budzeni (kolejno)
przez: koguty, krowy, głośną muzykę, obchody straży, koty, ptaki, barany, muezinów, alarmy w komórkach. Zmęczenie odbija się na związku, człowiek się szybciej
irytuje, ma problemy z koncentracją a nawet z trawieniem. Do tego emocje,
przeżycia, niepewność związaną z potencjalnymi zagrożeniami (ebola!). To nie
dlatego, że człowiek jest w podróży, to przestaje myśleć o tym co ma zrobić, co
powinien jeszcze zrobić, w bardzo bliskiej i trochę dalszej przyszłości, że
człowiek nie przestaje myśleć, dlaczego x się nie odzywa, choć powinien, a y
nie przestaje się odzywać, choć mógłby sobie to odzywanie sobie darować. I
takie tam. Nieustanne bycie w drodze jest męczące J
Powoli opuszczamy Nairobi,
w którym świadomie wybraliśmy styl neokolonialny à la Karen Blixen
(„romantyczne”, „czyste”, „bezpieczne” farmy z Internetem i ciepłą wodą (choć z
tym różnie bywa) na obrzeżach miasta, plantacje kawy, żyrafowe centra,
sierocińce słoni (oddzielny wpis), turystykę kulinarną nad wersję Piotrkową
(couchsurfing oraz wizyty w slumsach, gdzie kilka milionów Kenijczyków żyje za
mniej niż 1$ dziennie, a i potrafią się pozabijać o odpady – toksyczne odpady,
dodajmy).
Obżeramy się w takich restauracjach,
których nawet nie ma w Europie (w menu krokodyle mięso i wołowe jądra), mamy własnych
kierowców (nasz ulubiony to Ben, 5 krów), odwiedzamy znajomych. W Nairobi nie
ma za bardzo co robić a ze względów bezpieczeństwa trzeba po prostu się
poruszać taksówkami. Piotrek był więc bliżej ludzi, my
jesteśmy bliżej siebie (nie wartościuję, przedstawiam po prostu różne
możliwości). Ale obie Kenie są prawdziwe.
Wysoki sezon w Afryce odbija
się oczywiście na cenach, ale postanowiliśmy korzystać z tego, że tu jesteśmy. Pewnie
tu szybko nie wrócimy a takie rzeczy (taką podróż) robi się raz w życiu. Oboje
podzielamy tą samą wizję, że lepiej krócej i intensywniej niż dłużej i płyciej.
Co za szczęście, że mój Mąż też doskonale rozumie moje potrzeby 1) kobiety, 2)
smakosza, 3) konsumenta, więc nie ma na tej linii konfliktów. Nawet sam mi
proponuje kupowanie ubrań i gadżetów (głównie biżuterii) w afrykańskie wzory;
na jakościowe jedzenie nigdy nie żałujemy kasy a i oboje wolimy skorzystać z
godzinnego lotu niż telepać się rozklekotanym autobusem 10 godzin w jedną
stronę J
A propos Skarbka, to do
perfekcji opanował sztukę negocjowania, do wszystkich zagada, znajdzie
płaszczyznę porozumiewawczą (Divock Origi to np. dobry temat, przemawiający do
kenijskiej wyobraźni – dla niewtajemniczonych, belgijski piłkarz kenijskiego
pochodzenia), zajmuje się logistyką i finansami. Ja nie mam w sobie takich pokładów, powiedzmy, pobłażliwości. Czasem myślę sobie, że
jestem bardziej jak obserwatorka niż uczestniczka. Ile
można rozmawiać o krowach z kierowcami?? Z drugiej strony, to właśnie od nich
można się najwięcej dowiedzieć o kraju (pod warunkiem, że nie mydlą oczu). To
dzięki nim mamy jakieś pojęcie o rzeczywistości tego kraju, jego polityce i o
42 plemionach i rzeczywistości.
Słówko też o cudzoziemcach
(Francuzi, Belgowie, Holendrzy, Austriacy, nie licząc Piotrka z Gośką), z
którymi się tu spotykamy – nie są to ludzie, których znamy jakoś bardzo dobrze
(czasem widzimy ich pierwszy raz w życiu), nie są to nasi najlepsi przyjaciele,
ale rodzą się na naszych oczach nowego rodzaju zażyłości i przyjaźnie, łączy nas to, że tu
jesteśmy w tym samym momencie, to, że jesteśmy na tym samym etapie życia, etapie
zrywania (choćby chwilowo) z ojczystą komfort zoną i rzucania się w nieznane.
Opuszczamy Kenię z
zadowoleniem, że w ogóle odważyliśmy się tu przyjechać. Korzystaliśmy z tego,
co najlepsze, oraz spróbowaliśmy sił w wolontariacie, o którym wyrobiliśmy sobie
własne zdanie. W miesiąc poznaliśmy centrum oraz część zachodnią kraju. Ale
Kenia nie jest dla mnie. Nie mogę żyć w miejscu, w którym moja swoboda ruchów
jest ograniczona, w którym trzeba za każdym razem z dużym wyprzedzeniem
zamawiać taksówki (co oznacza budżet i uzależnienie od korków oraz od kierowców)
i w którym głównym problemem jest brak zaufania do ludzi. Zresztą bardziej od
ludzi, podpasowały mi tu zwierzęta i krajobrazy.
Z pozytywnych rzeczy, to na
pewno jest mniej komarów (o malarii to wręcz zapomnieliśmy!), bardziej zielono
i chłodniej niż myślałam (około +17C, podczas gdy w Warszawie ponoć +35C). Comme
quoi…
Na Ugandę nadszedł czas!
Bransoletka piękna, a gdyby do kompletu były jeszcze kolczyki... Na ostatnim zdjęciu wyglądacie jak rodzeństwo (oczywiście jesteś ładniejsza ;)) - to podobno dobrze wróży małżeńskiemu pożyciu ;)
RépondreSupprimer