Nic wielkiego
Z okazji urodzin Męża,
przygotowałam dla niego niespodziankę – godzinną lekcję tańca u znajomego
Latynosa. Taniec był bowiem jedną z tych rzeczy, które nas do siebie znacznie
zbliżyły (dosłownie i w przenośni). Z różnych względów musieliśmy przełożyć, ale prawda jest taka, że
doszliśmy do takiego momentu, że żadne uatrakcyjnianie na siłę życiowych
eventów nam do szczęścia nie jest potrzebne. Nie musimy lecieć do Madrytu czy
spędzać dnia uprawiając jakiś sport wyczynowy, by powiedzieć, iż urodziny były
udane.
Mąż akurat w swoje urodziny (mimo – dodatkowo – dodajmy niedzieli) pracował nad
swoim projektem z jednym z jego przyjaciół (+ siostra). Przyszli do nas, odbyli
rozmowę przez skype z partnerem z Afryki, wypili piwo, kupiłam libańskie żarcie
i był git. Leżenie na kanapie, oglądanie meczu i filmów na DVD… tego mu właśnie
teraz trzeba po tych tygodniach rozmów kwalifikacyjnych i dziesiątkach spotkań,
rozchodzących się w każdą stronę. A ostatnio dużo ich było. Każde spotkanie to
kilka osób naraz, przemyślenia, tłumaczenie się ze swojej sytuacji życiowej,
porównywanie się, przemieszczanie samochodem. Od szkoły rodzenia po „niewinne”
brunche, na których zawsze przecież można poznać swojego przyszłego pracodawcę.
Afryka ciągle jest gdzieś w tle (czytam „Rowerem i pieszo przez czarny ląd”,
Rafał właśnie wrócił z Kamerunu, Eryk tam lata jako wolontariusz z "Pilotami bez
granic", Katrin przeprowadza się na rok do Ugandy – będzie pracować dla ONZ-u),
ale inne obszary geograficzne też pokryte: Kasia znajduje się obecnie na
Florydzie, Agata i Tomek pojechali do Japonii, Marie-Claire jedzie na urlop do
Hong-Kongu, David niedługo wraca z Nepalu…
Więc taka spokojna niedziela, nic wielkiego a jednak luksus…
Commentaires
Enregistrer un commentaire