Medale

Co masz dziś? pyta najlepszy z Mężów.
Na szczęście oprócz sesji masażu nic, odpowiadam.
Masaż poniekąd dla małej, dodam, nie dla mnie. Choć może i dla mnie, w sensie, że przez godzinę nie muszę się (intelektualnie i kreatywnie) wytężać, by ciekawie/inaczej/stymulująco jej zapewnić czas, nie muszę co 15 sekund wkładać do jej buziuchny smoczka, który sobie z powodzeniem wypluwa i którego jeszcze niestety nie potrafi sobie wkładać z powrotem, nie muszę udawać, że jej nie słyszę.
Przez resztę czasu, będę siedziała w domu, spała, piła i jadła; może wezmę prysznic, może poczytam, może popiszę. Rozłożę pranie, pozmywam naczynia. Basta.
Zbitka językowa „spełniona mama” nie istnieje chyba w moim słowniku. Istnieje mama. Spełniam się gdzieindziej.
Nie rozumiem skąd ta presja, że trzeba „coś” robić. Mam dosyć chodzenia na spacery, robienia zakupów, załatwiania tego czy owego, znoszenia tego wózka i udawania, że wszystko jest super, temperatury +15°C (końcówka lata a nie jesień!), udawania, że to ok pić 4 kawy dziennie i że zupełnie mi to nie przeszkadza, że fryzjer mnie zrobił na rudo, chodzenia po lekarzach, klinikach i szpitalach (a dziecko mam zdrowe!). To był czwartek.

W piątek musiałam odebrać samochód z warsztatu (z dzieckiem oczywiście), iść do kliniki wyjaśnić jedną sprawę związaną z fakturą (telefonicznie się nie dało), iść do apteki po mleko dla małej. Z rzeczy związanych z refleksją – zastanowić się co i kiedy wybrać – które kursy i jak to pogodzić z resztą. Język (i to który, bo myślę o trzech) czy grafika komputerowa? Coś dla przyjemności czy dlatego, że może w jakieś nieokreślonej przyszłości się przydać? Między czasie wbić się między karmienia. Jej i moje. Tak żeby zupełnie przy okazji nie zemdleć z nadmiaru wrażeń. Tak w ogóle uważam, że każda matka z urzędu powinna dostać medal z logistyki domowej. Drugi medal dla mam, które macierzyństwo przeżywają w czasach niepewnej przyszłości zawodowej i muszą (w przeciwieństwie do tych, które wiedzą gdzie wracają) dodatkowo ogarniać szukanie pracy, szykowanie się na rozmowy, bycie przytomnym mimo wstawania co 3 godziny, kursy doszkalające (a potem egzaminy), łączenie tego wszystkiego z macierzyństwem, intymnością, czasem dla siebie (zorganizowanie głupiej przejażdżki konnej wymaga kilkudniowej wymiany mailowej. Trzeci medal dla mam żyjących w zimnych krajach: jak to cholera zrobić, by dziecka nie przegrzać skoro na zewnątrz chłodno a w środku cieplej (tudzież odwrotnie, jeśli jest klimatyzacja)? Skąd mam wiedzieć czy będzie wiatr, słońce czy deszcz?? Jak mam żyć z myślą, że mogę być winna przeziębieniu własnego dziecka?

Wieczorem, w ramach wieczora dla siebie, poszłam na spotkanie literackie z amerykańskim autorem TC Boyle. Pisarz ok, coś tam sobą reprezentuje, ale z prowadzącymi zawsze mam problem. Największy problem mam sama ze sobą – pod koniec spotkania zasnęłam J


Ps. Na masażu było bardzo fajnie. Elianka jako jedyna z 3 dzieci wytrzymała do końca (godzina) i tak się zrelaksowała, że wypróżniła się tego dnia 3 razy. Jaśminem pachniała do następnej kąpieli J



Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze