Zachwyt

I znów dużo. Spacery w hałasie (roboty na dosłownie każdej ulicy, nie mówiąc o traktorach, helikopterach i gigantycznych dmuchanych ohydnych smerfach), narastający ból różnych części ciała (od pleców i kolan po nadgarstek), wstawanie po dwa razy w nocy, za gorąco, albo za zimno, albo za pusto albo za tłocznie (korki!), ubrania dla uchodźców, możliwa współpraca z pewną jednostką badawczą (zastanawiam się), sprzedaż samochodu, warsztat kreatywnego pisania i związanie z nim myśli (po powrocie z którego dziecko jest położone do łóżka a naczynia pozmywane J), brunch w miejscu, w którym kompleksów można się nabawić, przepychanki z panią od sprzątania, regularne (bo np. dwukrotne w ciągu dnia) odwiedzanie banków, poczt i klinik, praca nad książkami (zrobiło się ich trochę), obcinanie dziecku paznokci, szczepienie dziecka…

Też są milsze chwile takie jak piękny i wdzięczny uśmiech tegoż dzieciątka, spotkanie przy kawie z koleżankami w słońcu…

I, jak to powiedziała moja Kasieńka, nie ma co, trzeba się tym życiem zachwycać, bo jak nie tym, to którym?



Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze