Przestaliśmy w zasadzie spać…

…Eliance się coś przestawiło w związku z chodzeniem do żłobka – i spanie i jedzenie, i nawet ssanie smoczka (przestała chcieć, z dnia na dzień). Wobec czego cofnęliśmy się do 3-4 karmień nocnych, a w ciągu dnia nie chce jeść. Wszyscy musimy się do tej nowej, żłobkowej, sytuacji przyzwyczaić, bo że tak powiem, wyboru za bardzo nie ma.

Ja miałam plan. Przez jakieś 5 sekund. 5 godzin wolności (pół dnia dziecka w żłobku), to godzina dla siebie (w tym jedzenie), 2 godziny na prowadzenie badań, godzina na szukanie pracy i godzina na pisanie. Oczywiście plan do dupy, bo po pierwsze mam bliżej do 4h niż do 5h, a po za tym, ciągle jest coś – a to lekarz, a to egzamin, a to dwugodzinna kawka z koleżankami (z czy bez pociech, koleżanki pozdrawiam), a to zmęczenie, a to spotkanie, a to rozmowa kwalifikacyjna itd. itp.

Badań w ogóle nie prowadzę, najwięcej czasu poświęcam ostatnio prowadzeniu Klubu Książki międzynarodowej społeczności w Brukseli (którego zostałam międzyczasie przewodniczącym), i kursami kreatywnego pisania. Z doskoku odbywam rozmowy kwalifikacyjne i chodzę po lekarzach (a to dla mnie, a to dla Eliany).

Dużo też ludzi dookoła. Cały zeszły weekend pod znakiem znajomych Flamandów; ale akurat ciekawa parka, też w dzieciaczkiem – zdrowa, fajna interakcja (wniosek z weekendu: super mieć znajomych, którzy mają dzieci w tym samym wieku).

Nowe zajęcia z Kreatywnego Pisania – też bardzo fajne, prowadzone przez profesjonalnego pisarza, choć trochę przypominają terapię grupową. Jednak dynamika grupy to coś fascynującego: jak szybko grupa się tworzy, jak szybko zacieśniają się więzi, jak ludzie, którzy absolutnie nie mają nic wspólnego stają się sobie bliscy, tylko dlatego, że łączy ich jakieś wspólne zainteresowanie. Bo ludzie są przypadkowi, oczywiście. Od faceta, który w życiu nie napisał dwóch linijek po babcie, które by chciały przed śmiercią spisać historie rodzinne. Co ciekawe nowe zajęcia odbywają się w prywatnym domu założyciela szkoły (!), bardzo ładnym domu oczywiście, a nawet domu zabytkowym, w którym są elementy Art Nouveau. Gościu niegłupi, za czynsz nie musi płacić, a od uczestników kosi ponad PLN 1.000 za kurs! Zdjęcia wnętrza w załączeniu.

Była też teściowa przez pół dnia, co oznacza szybkie sprzątanie oraz zakup masła (używałam z lenistwa margaryny do pieczenia do kanapek). Ale to też akurat było fajne, Elianka lubi być w centrum zainteresowania, lubi być noszona; więc win-win dla wszystkich.

Walka o wszystko, bo w Belgii najłatwiej usłyszeć „nie da się”. Okazuje się, że po tupnięciu nogą (Miłkę imiennie pozdrawiam) – się da i niemożliwe stają się możliwe (zupełnie jak w Afryce). Kiedyś tego nie zauważyłam, ale teraz gdy mam dziecko, szkoda mi czasu na pierdoły.

Do piątku wytrzymałam tempo, ale w piątek wszystko odwołałam przez brak snu (my wylądowaliśmy w dziwnej pozycji na kanapie, mała na podłodze, bo nie chciała nigdzie indziej zasnąć) i ból głowy.

W ciągu dnia znów urząd pracy, bank, poczta, szpital (nic jej nie jest, ale prześwietlenie trzeba było zrobić) i znów szybkie sprzątanie, bo koleżanka z Paryża. W sobotę na szczęście słońce i miła, niezobowiązująca wyprawa do Mechelen – zakupy, sklep czekoladowy, spacer i lunch w słońcu. 

Niedziela dla nas.







Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze