Tydzień adaptacyjny, tak – ale dla kogo?

Więc pierwszy tydzień Eliany w żłobku okazał się morderczy i bynajmniej nie ze względów emocjonalnych (na to nie mam czasu), lecz organizacyjnych. 

Otóż, ponieważ dziecię ciągle się budzi dwa razy w nocy na karmienie, ja dosypiałam do tej pory (a w zasadzie obie dosypywałyśmy) między 8 a 10:00 rano. Teraz, między 8 a 10:00 rano, to ja muszę 1/ być trzeźwa i przytomna, uczesana, ubrana i ogarnięta i 2/ Eliana musi być nakarmiona, przewinięta, przytomna, ubrana i gotowa do wyjścia. 
Nie dość, że muszę być na tą powiedzmy 9:00 trzeźwa i przytomna, uczesana, ubrana i ogarnięta, to jeszcze muszę wchodzić w interakcje z paniami (skądinąd bardzo miłymi) i informować je codziennie (!), najlepiej z uśmiechem na twarzy, o tym jak moje dziecko się czuje, co i ile zjadło, jak przespało noc etc. A tego nawet mojej matce nie mówię!

Więc wyzwanie logistyczne jest: karmić jedną ręką, a nakładać rajstopy drugą – sobie, nie dziecku, by być o czasie w miarę ogarniętym. Gdy jesteśmy same w domu, to kogo to obchodzi czy dziecko jedzie kwasem mlekowym? A tak to… jeszcze musiałam jej rzeczy na zmianę do żłobka uprasować – w domu nie prasuję.

Na razie jeszcze z innymi rodzicami w interakcje nie wchodziłam, ale pewnie niedługo to nastąpi i lepiej żebym tego dnia miała na sobie stanik J

[Na co dzień chodzę w klapkach, spodniach od dresów tudzież leginsach oraz miśkowatym polarze (nic na to nie poradzę, że tak mi najwygodniej i że tak naprawdę to dość sexy w tych leginsach wyglądam J). Dziś byłam w kostiumie kąpielowym. Albo np. w ciągu jednego dnia, przychodzę w dwóch różnych strojach (no co, pogoda jest zmienna!). Muszą sobie o mnie myśleć dziwne rzeczy, ale na szczęście mam inne rzeczy do roboty niż przejmowanie się tym J]

A więc suma summarum, Elianie pewnie to obojętne co robi i gdzie to robi, a ja mam zerwane poranki i jeszcze muszę się socjalnie udzielać!

Ze żłobka – na pierwszy rzut oka oczywiście – jesteśmy, w przeciwieństwie do naszych zdolności organizacyjnych (myśl jest taka by to jednak Mąż ją rano odstawiał, ale znając życie i tak będę musiała wstawać i tak, bo on ma problemy, by jej założyć spodenki i zapamiętać, by ją nakarmić), bardzo zadowoleni. Po pierwsze dlatego, że jest 150 metrów od naszego domu. Po drugie, jest piękny: czysty, przejrzysty, ma ogród (mieści się w całej jednej kamienicy, która kilka lat temu była gruntownie wyremontowana wraz z rurami) i duże okna, jest kolorowy, niczego mu, jeśli chodzi o osprzęt, nie brakuje. Otóż żłobek, finansowany z trzech różnych źródeł, jest bogaty. Panie są miłe, kreatywne i cierpliwe. Dzieci w sekcji (0-18m) jest 15-17, więc jest gwarno i wesoło. Te, które już chodzą, patrzą z ciekawością na „dzidzie” i wice-versa. Jest dużo interakcji, a to jest moim skromnym zdaniem, najważniejsze i to jest coś, czego nie będę w stanie zapewnić mojemu dziecku, choćbym stanęła na głowie, jako pojedyncza, dorosła osoba (no chyba żebym się rozpietnaszczyła). Jestem zdania, że dzieci winny chować się z dziećmi, wtedy uczą się dzielić zabawkami, oswajają się z tym, że ktoś może czegoś od nich chcieć, że może być głośno, że jakieś inne dziecko może na nie (przez przypadek) dosłownie wpaść i np. przewrócić.

Tak jak kilka razy już wspominałam, Eliana sama w sobie nie jest problematyczna, przyjmuje wszystko i wszystkich z dobrodziejstwem inwentarza; odbyło się więc bez dramatów.

Apel o nie demonizowanie instytucji żłobka! Dziecko się przyzwyczaiło szybciej od nas, ale my też się przyzwyczaimy; w drugiej połowie tygodnia, mała była tak padnięta, że nawet w nocy przesypiała dłuższe odcinki, a żadnych jeszcze stanów lękowych (ani u niej ani u nas) jeszcze nie zauważyłam. Trochę dyscypliny (której ja jej nie zapewniam) jej nie zaszkodzi!

Co robiłam, gdy jej nie było? W środę (gdy po raz pierwszy zostawiłam ją tam samą przez godzinę) akurat miałam czas odebrać zamówioną książkę z księgarni oraz kupić barszcz czerwony i pierogi z mięsem.

W czwartek, który ciągle mi się mylił z środą (3h wolnego), przez półtorej godziny załatwiałam sprawy : iść do urzędu pracy po jeden papierek, do urzędu stanu cywilnego po drugi papierek, wrócić do banku, bo się kartę zapomniało w bankomacie, kupić specjalne pieluszki do pływania. Przez drugie półtorej godziny prowadziłam mój research nad badaniami migracyjnymi. Potem poszłam z pyzą na masaż, a po nim – w ramach spaceru – znów do szkoły komputerowej z pierwszym papierkiem i do pralni J

W piątek – 5h wolnego! Najpierw dwie godziny w bibliotece, potem odebrać w pralni, to co się wczoraj zostawiło, posprzątać kuchnie, bo goście mają przyjść wieczorem (Mąż robi zakupy), zjeść pozostałe z wczoraj 3 pierogi i… osłabnąć, wypić słodką, gorącą herbatę, odebrać pyzę ze żłóbka, iść z pyzą na basen, między czasie szukać pracy i się zapisywać czy zgłaszać się na różne rzeczy przez Internet, takie jak na ambasadora literatury przy instytucji Internations.

Mąż przyszedł wcześniej bo zakupy i goście, wrzucił kurczaka na patelnie, i między pierwszym a drugim kęsem – dzwonek do drzwi… Mała mi padła jeszcze w ramionach w drodze powrotnej z basenu, ja na wpół ubrana (stanika oczywiście nie zdążyłam ubrać), więc między tym pierwszym a drugim kęsem lecę umyć kibel J dostaliśmy dużo, naprawdę dużo pampersów, ale zdjęcia im nie zrobię.


Zdjęcie za to naszego nowego basenu (i żebyście sobie nie myśleli, że jam taka ambitna: basen mam 70m od siebie, masaż – 80m J; a na piątkową kawę mam sama organizatorka się nie wyrobiła – pozdrawiam!)


Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze