Życie w podróży czy podróż przez życie?
Przedwczoraj
Kiedyś się bałam. Gdy
stanęłam przed wyborem studiów, zamiast szlifowania języków na jednym z
uniwersytetów w Grenoble, na który mnie przyjęto bez problemu, wybrałam
bezpieczny wariant studiowania w Warszawie i tym samym, zamieszkania u babci.
Asekuracyjnie, warunki
cieplarniane.
W trakcie studiów, zrobiłam
kurs na pilotów wycieczek, ale nigdzie poza Europę się nie wybrałam. Raz mogłam
zostać przez sezon narciarski rezydentem w Austrii ale opcję tę odrzuciłam
decydując się na posadę – uwaga – sekretarki oraz tłumacza technicznego w małym
prywatnym przedsiębiorstwie; wtedy wydawało mi się to szczytem tuż-po-studenckich
możliwości.
Z mężem marzyły nam się
Indie, które mogliśmy połączyć z Pakistanem (mieliśmy tam bazę), ale nie
chciało nad się tyle wydawać na szczepionki, więc chyba wtedy nawet się nie
ruszyliśmy z lewego brzegu Wisły. Nim się pobraliśmy, myśleliśmy o podróży do
Meksyku, lecz oszczędności poszły w ściany.
Z racji mojego pochodzenia,
otrzymałam też w pewnym momencie konkretną propozycję pojechania z Polskim
Kontyngentem Wojskowym do Iraku – propozycję, z której nie skorzystałam. Zapewne
znowu się bałam.
Czas leciał, doktoracik, życie
stawało się coraz wygodniejsze i przewidywalne. Prosta linia donikąd.
To było przed. Przed tym
jak sama sobie zeszłam z drogi.
Wczoraj
Jedna z pierwszych rzeczy,
którą zrobiłam po rozwodzie, było zakupienie biletu lotniczego i odwiedzenie
przyjaciółki na południu Francji. Było to dla mnie jednoznaczne ze zrobieniem czegoś dla siebie. Koniec wymówek, że to, że tamto.
Zaczęłam więc sama
podróżować. Coraz częściej, coraz dalej. Pytano dlaczego. Ano ponieważ chcę i
mogę. Oprócz uniwersytetu życia, podróże stanowiły dla mnie wyzwanie. Jeśli sobie
poradzę, dajmy na to, w takiej Malezji, to poradzę sobie wszędzie. Czego
szukam? Może czegoś, czego mi brakowało w życiu codziennym? Adrenaliny,
spontaniczności, zawierania znajomości w sposób niezobowiązujący i
bezinteresowny, natchnienia, wolności, szaleństwa, odreagowania na sztywne
normy społeczne? Na pewno nie szukałam męża –drugi sam do mnie przyszedł,
jeżeli już to siebie.
W podróży się zmieniam.
Inaczej się odżywiam, inaczej wyglądam, inaczej się ubieram. Włosy mi jaśnieją
a cera ciemnieje, piegi wyskakują. Czy w związku z tą nową konfiguracją, lubię
siebie bardziej niż zwykle? Tak, podobam się sobie taka bardziej. Nie ma tej
całej spinki, że obcasy, torebka, dopasowana do butów. Oczyszczam swój organizm
kofeiny, czekolady, chleba, masła, żółtego sera. Okazuje się, że można chodzić
w tych samych ubraniach, że można żyć bez gorącego prysznicu, że nie trzeba pić
czterech kaw dziennie.
Im bardziej odkrywałam
świat, tym bardziej odkrywałam siebie. A droga do szczęścia prowadzi przez
samoświadomość. Jadąc w nieznane, dowiaduję się czegoś nowego, nie o tym
miejscu, lecz o mnie. To znaczy o tym miejscu też, ale co mi da jeszcze jedno
muzeum czy jeszcze jeden wodospad? Jak zachowam się w danej sytuacji, co o tym
myślę, czy podoba mi się, to co widzę, jakie potrzeby to u mnie zaspakaja, co
to do mnie mówi, co mogę z tego wynieść?!?
Gdzieś wyczytałam, że
zadawanie sobie pytań jest punktem wyjścia do naprawdę dalekiej, wewnętrznej
podróży. A to najbardziej niezwykła z podróży J Przestało mi chodzić o to, by się rzucać na pierwsze wolne miejsce w
autobusie. W podróży inne rzeczy stają się ważne; na przykład to, żeby w ogóle
przeżyć.
Dziś
Z drugim mężem poczuliśmy,
że czas ruszać dalej. Byliśmy głodni innych wyzwań niż „no to co dziś jemy?”,
czy też „wiesz, kochanie, pralka się zepsuła”. Ale bez żadnej obsesji, że
musimy zbawić świat. Świat się zbawi sam, a naszym obowiązkiem jest zbawienie
wpierw samych siebie.
Obecnie podróżujemy po
Afryce Wschodniej, do której trafiliśmy w 10 dni po ślubie. Nie wiemy, ile czasu
nam to zajmie, może kilka tygodni, może kilka miesięcy. Nie mamy żadnych
konkretnych planów: trochę sprawianie sobie przyjemności, trochę cieszenie się
życiem, trochę zrozumienie świata, trochę rozglądanie się za jakimiś zawodowymi
możliwościami współpracy. A świata można się nauczyć tylko w świecie. Dla nas poznawanie
samo w sobie jest wartością. Tylko w ten sposób możemy się przekonać, czy
„normalne” życie, które wiedlibyśmy w Europie, jest świadomie przez nas wybrane
czy defaultowe. Czy tęsknimy. I jeśli już, to za czym.
Oczywiście, nie zawsze jest
łatwo. Rzekłabym nawet, że najczęściej jest ciężko. Każdy dzień w Afryce jest
wyzwaniem. K a ż d y. Codziennie coś jest nie tak. Tu wydawałoby się najprostsze
rzeczy wcale nie są takie proste: ciepła woda w kranie, dobra kawa, dostęp do
Internetu, pobranie pieniędzy z bankomatu. Ale gdybym chciała mieć to wszystko,
nie ruszałabym się z domu.
Na nasz projekt różnie się zapatrywano,
od rozeuforyzowanej aprobacji po pukanie się w głowę. Straszeniom (oczywiście
przez ludzi, którzy na Czarnym Lądzie nigdy nie byli) nie było końca: „malaria!”, „rozwolnienia!”, „jadowite węże!”, „krokodyle-ludożercy!”, „odcinanie kończyn
maczetą!”…
Oczywiście, wszystko może
się zdarzyć, ale wszystko może się zdarzyć wszędzie.
Korzystam z okazji, by
oświadczyć, że w Afryce to prędzej zwierzęta mogą się ciebie przestraszyć niż
ty zwierząt; że, żeby zobaczyć goryle, to trzeba wykupić pozwolenie za
(bagatela) USD 500; a ja (przynajmniej jeszcze) w Afryce Wschodniej nie
doświadczyłam osobiście żadnej panafrykańskiej paniki w związku z wirusem eboli.
Sezon ogórkowy ma się zaś w
Europie dobrze.
Nasz wybór zostawał
nieustannie poddawany interpretacji: „czy to podróż poślubna? Wolontariat?” No
tak, te dwie rzeczy by jeszcze jakoś uszły… „Dlaczego Afryka?” A dlaczego nie
Afryka? Swoją drogą, powód jest bardzo prozaiczny, a nawet meteorologiczny; w
Afryce w nasze lato jest zima, więc to najlepszy sezon. Nie mamy żadnej obsesji
na punkcie Afryki, oboje jej nie znaliśmy, więc równie dobrze można było nasze
podróżowanie zacząć od niej.
Moim ulubionym pytaniem
stało się „no ale czym wy się TAM tak w ogóle będziecie zajmować?” Odpowiedzi typu „nie wiem i nie chcę wiedzieć”, ”jesteśmy otwarci”, nie sprzedawały
się za dobrze. Ale my naprawdę nie wiemy
gdzie będziemy za trzy dni, przybieramy skromną postawę badacza, na zasadzie „nic
nie wiem, ale przychodzę po wiedzę, chcę spróbować, doświadczyć, poszerzyć
swoje horyzonty”.
Najchętniej cytowałabym
jednego z bohaterów Zafóna, który na pytanie „co pan zrobi?”, odpowiada: „To
samo co wszyscy starzy ludzie: usiądę i będę deliberował nad tym, co by było,
gdybym zrobił wszystko inaczej” J
Jutro
W drodze poznajemy ludzi
zewsząd, najczęściej pary w wieku 20+/60+, które tak samo jak my, są w podróży
(w sensie przez życie, nie po Afryce), rzuciły prace, chciałyby rzucić pracę,
są wolontariuszami, czy też (nie)„zwykłymi” podróżnikami. Czas pokaże co i
gdzie będziemy robić.
W miarę podróży nasze
wyobrażenie o takim życiu jakie byśmy chcieli wieść nabiera kształtów (ja się
odnajduję w pisaniu, mąż w doradztwie biznesowym), plany się konkretyzują, oczy
otwierają, przyjaźnie zacieśniają. Jednocześnie przezwyciężając przeciwności
losu, budujemy nowe wspomnienia a nasz związek staje się dojrzalszy.
Oczywiście jesteśmy często
zmęczeni, niewyspani, podirytowani, pokąszeni, oszukiwani. Tanio nie jest, w
Kenii rozczarowaliśmy się wolontariatem, w Ugandzie ciągle pada. Owszem, parę
razy nas zatrzymano, ale to nie my byliśmy obiektem kontroli, tylko nasi
kierowcy.
I jasne, że znam
przyjemniejsze rzeczy niż rewizje osobiste, przymusowe korzystanie z taksówek
po 19:00 czy też bycie budzonym w niedziele o 05:27 przez ryjące guźce, ale
przynajmniej nigdy nie będziemy żałować, że się nie odważyliśmy spróbować. Na
pytanie „co zrobiłaś ze swoim życiem?” chciałabym móc odpowiedzieć moim wnukom coś więcej niż
„umyłam
okna i powiesiłam firanki”… A konfrontacja z własnymi
(i, jak się okazuje, cudzymi) paranojami i marzeniami, jest bezcenna. Inwestujemy
w siebie, a to coś czego nigdy tak świadomie i na taką skalę nie robiliśmy.
Gdzieś indziej wyczytałam,
że nasz świat jest napędzany przed dwie siły – przez lęk i przez wiarę. Lęk mam
już za sobą, czas na inne wyzwania J
Fajnie napisane. Takie credo zyciowe. Dla mnie: inspiracja...
RépondreSupprimer