Aktywny wypoczynek
W czwartek trafiliśmy do
Jinja – drugiego miasta w Ugandzie, niegdyś osady rybackiej przetransformowanej
przez Hindusów (i zrobioną na hinduską modlę jeśli chodzi o architekturę), stolicy
sportów wodnych.
Emocje sięgały zenitu,
nie tylko z przyczyn sportowych J
Zaczęło się od tego, że
Mąż zgubił ulubioną książkę, a potem miał niezłe huśtawki nastojów;
podejrzewamy, że od 1/ rozmowy kwalifikacyjnej, 2/od Lariamu (profilaktyki antymalarycznej, której lista skutków
ubocznych uwzględniająca halucynacje, bezsenność oraz tendencje depresyjne jest
gorsza od samej malarii). Postanowiliśmy więc ten cały Lariam odstawić.
Wypożyczyliśmy rowery,
chcąc udać się na wycieczkę rowerową, ale było tak gorąco, że pot zmieszany z
kremem do opalania spływał Mężowi do oczu (ma już całkiem długie loki), więc
trzeba było wyprawę skrócić.
Następnego dnia z kolei
padało (tu pada codziennie), właśnie gdy… jechaliśmy motorem na konie. Dodajmy,
że na koniu czułam się bezpieczniej niż na tym motorze. Tak więc, galop w
deszczu po afrykańskich bezdrożach – cudo J Kolejny raz w Afryce
przełamałam strach, bo galopować uwielbiam, choć się tej czynności trochę boję.
Niedziela zaś rafting na
Nilu (oddzielny wpis), w poniedziałek zasłużony odpoczynek w… raju J Otóż po jakimś kolejnym miernym schronisku młodzieżowym,
zafundowaliśmy sobie trzy noce w czymś, co się nazywa „The Haven” (mógłby się
dla mnie nazywać „The Heaven”), gdzie jest tak pięknie i spokojnie, że moglibyśmy
tu zostać na zawsze. Nawet się zastanawiamy czy nie przewyższa w naszym rankingu kenijskiego
Maili Saba Camp.
Pyszne jedzenie podawane
trzy razy dziennie do stołu, a obsługa tak miła i nie narzucająca się, że jak
wracamy skądś to się czuję jak ta Karen z Afryki, witana przez pana Czarnego
„Welcome back Madam, jak się udała jazda konna?” Tu już jest taka
zależność, że albo głośno, tanio i obleśnie w centrum, albo opcja lux - daleko,
spokojnie i drogo. Ale warto, za każde pieniądze J

Commentaires
Enregistrer un commentaire