Między poczuciem szczęścia a frustracją

Jesteśmy nad Jeziorem Bunyonyi, małego raju, który oznacza „gniazdo małych ptaszków”. Po raz kolejny uciekliśmy więc z miasta do przyrody, jest pięknie, można pływać kajakiem, chodzić na wycieczki, odciąć się od rzeczywistości czytając książki, pisząc, ucząc się. Bardzo dużo z Mężem rozmawiamy, omawiając nasze decyzje, będąc świadomi tej niezwykłej przygody, na którą się zdecydowaliśmy. Za nic na świecie byśmy nie chcieli być teraz w naszym starym życiu, odbębniając 8 godzin dziennie w jakimś biurze, w jakiejś organizacji, której wizji nie podzielamy.

Spotykamy nie tylko podróżników, lecz także długoterminowych expatów, co jest pewnego rodzaju niespodzianką; bo tak jak Kenia czy Tanzania się jeszcze z czymś kojarzą, nie mówiąc o takiej RPA, ale z czym kojarzy się taka Uganda? (no może po za rządami Amina…). Słyszeliśmy nawet o parze Brytyjczyków, 80+, którzy tu mieszkają od 50-ciu lat i ani im się nie myśli wracać do Wielkiej Brytanii… która zresztą ma teraz swoje problemy. Największą mniejszością narodowościową są w Ugandzie – uwaga, nie wiedzieć czemu – Holendrzy. Do tego stopnia, że mąż ma dosyć mówienia po niderlandzku!

Uganda ma duży potencjał, zróżnicowane zasoby i bogactwa; problemem jest brak wyedukowanej społeczności (zdecydowana większość rolnicza), średnia wieku lat 15, korupcja, złe kierownictwo. Jest to więc młoda nacja, która się budzi do życia i jeszcze niewiele osób ma krytyczne spojrzenie na świat. Według nas, zamiast wyrobienia sobie jakiejś własnej drogi, chcą imitować Zachód. Dużo myślimy o tym jak im „pomóc”, ale najczęściej chcą rybkę, odrzucając wędkę. To rezultat kolonizacji, misjonarstwa oraz dużych międzynarodowych organizacji, które „popsuły rynek” przyzwyczajając do dawania, nie żądając niczego w zamian. Doszliśmy do wniosku, że, w obawie przed kolonializmem ekonomicznym (który by, chcąc nie chcąc, odzwierciedlał kolonializm polityczny), najlepiej po prostu tu nic nie robić, pozostawić ich samym sobie. Jak będą chcieli, to sami do nas przyjdą, po radę czy nauki. My możemy tylko pomóc sobie jak najlepiej jak możemy, ewentualnie stanowiąc przykład dla innych. To w dużym skrócie.

Frustracje wynikają z braków, braków prądu, stabilnego Internetu, niedziałających sprzętów, brudu, robactwa, oszustów. Gdyby chodziło o tydzień, nie byłoby problemu, ale my dobijamy do 3 miesięcy.
Ale też z niezrozumienia. Gdy ktoś mówi „mój syn studiuje informatykę”, należy to przetłumaczyć na „mój syn uczęszczał dwa lata temu na jeden semestr a obecnie szukamy środków, by mógł naukę kontynuować”. Wiem, że żeby do końca móc się tym wszystkim cieszyć, trzeba robić jak Rzymianie. Na przykład: mówię kierownikowi całkiem spoko B&B, że „lata w salonie duży owad” (czytaj = skandal, czy mógłbyś się go pozbyć?). Odpowiedź: „to nie wychodź na dwór, tam jest ich setki”. Chciałabym się przerzucić na takie właśnie taki tok myślenia J

Na zdjęciach piękne jezioro, z jego 29 wysepkami.






Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze