Pikselowe szkice
Nie pisałam, bo ile
można o tym, że nie wysypiam się w miejscach tańszych i że pławię się w
luksusach w miejscach droższych?
Tak czy siak, ciągle
jesteśmy zakochani w sobie i w Ugandzie, mimo nie zawsze sprzyjających
okoliczności (nie działające to i owo, oparzenia, deszcz, ciągłe negocjowanie i
główkowanie…). Wróciliśmy jednakże do Fort Portal i do gór Rwenzori, gdzie Mąż
udziela pomocy/doradza przy jednym kawowym, wspólnotowym, projekcie (u Eliasza,
jeśli pamiętacie) a ja głównie pracuję nad moimi pisarskimi projektami (do
drugiej książki trzeba było jeszcze domknąć sporo szczegółów z wydawcą).
Trochę więc migrujemy po
tej Ugandzie jak to gnu między Kenią a Tanzanią, w tę i we w
tę. Też wyjaśniła się dalsza
część podróży: za półtora tygodnia planujemy być w Ruandzie, a potem RPA.
Zajmuje nas więc organizacyjna strona tego wszystkiego: załatwianie wiz,
szukanie noclegów, kupowanie biletów lotniczych tudzież wynajmowanie samochodów
(nota bene: nie zawsze mamy Internet!).
Dla śledzących moje
czytelnicze poczynania – Amy Chua okazała się być strzałem w dziesiątkę (nawet
Mąż przeczytał, oboje śmieliśmy się do łez). A zaraz zacznę Andrzeja Bobkowskiego,
którego bardzo cenię J
Commentaires
Enregistrer un commentaire