Entebbe
Po dwudniowym przystanku
w Kampali, który z łatwością można uznać za epiczny, wylądowaliśmy w Entebbe.
Kampala da się lubić
wyłącznie o 6:30 rano. Jest to miasto wywołujące skrajne emocje, od euforii po
niedowierzanie, od zachwytu po przerażenie. Slumsy przeplatają się z
luksusowymi centrami handlowymi i takimi restauracjami, w których można co kęs
doznać orgazmów kulinarnych (schudnąć więc w Afryce nie schudnę a miałam taką
sekretną nadzieję, bo słyszałam, że ludzie tracą dużo kilogramów przez zatrucia
pokarmowe. Wręcz przeciwnie, nawet
przytyję (nie, w ciąży nie jestem) przez te wszystkie „robienia sobie dobrze” i
nieżałowania sobie na przyzwoite posiłki w przyzwoitych warunkach. Nasze
ostatnie odkrycie to „Le Château”, restauracja –
uwaga – belgijska, w której importują belgijskie piwa a nawet małże). Tak czy siak, miasto oswoiliśmy, mamy swoje ulubione
miejsca, nie boimy się, to nie Nairobi, gdzie o chodzeniu na własnych nogach
nie było w ogóle mowy.
Byliśmy nawet w kinie na
„The Guardians of the Galaxy”, powiedzmy, że mało ambitnym filmie
Science-Fiction klasy B, niemniej jednak nieźle się przy nim ubawiliśmy i na
dwie godziny zapomnieliśmy o naszej afrykańskiej rzeczywistości. Swoją drogą,
to ciekawe jak „głupie” wyjście do kina, które normalnie w Europie nie
zasługiwałoby nawet na wspomnienie, urosło do rangi wydarzenia tygodnia J
W Entebbe, która jest
trochę skrzyżowaniem Fort Portal i Jinja, wynajęliśmy mieszkanie, a ściślej
rzecz ujmując cały domek parterowy od pewnego Nathana. Nie zostało ustalone
czy Nathan to pastor, pedofil czy Matka Teresa. Jest na pewno założycielem
fundacji mającej na względzie dzieci dotknięte przez HIV. Gdy Nathan przebywa
w USA, jego domem zajmują się jego „studenci/synowie/podopieczni” i starsza już
suka. Dom jest wygodny (z 90 m2?), pięknie urządzony, w stylu
kolonialno-afrykańskim i posiada ogród.
Idea jest taka by się przestać ruszać
co 2-3 doby (to strasznie męczące) i żeby w tej całej podróży poczuć się „w
domu”, czyli móc sobie w końcu coś ugotować, poczytać spokojnie książkę,
obejrzeć film na DVD, uprać bieliznę, wyspać się (w schroniskach czy tańszych
opcjach się nie da). To oczywiście nie oznacza, że w domu wszystko jest czyste
czy że świetnie funkcjonuje, bo to dalekie od prawdy. Najwidoczniej nie można
mieć wszystkiego i narzekać nie będziemy, bo na tę chwilę, mamy wszystko, czego
nam potrzeba.
Można tu się poczuć jak
w muzeum, wszędzie są pamiątki z podróży po świecie arabskim, Azji, no i
oczywiście niemała ilość drewnianych masek tudzież rzeźb afrykańskich, o które
się regularnie wbijamy.
Ponieważ od dwóch dni
tak pada, że nawet gdybyśmy chcieli, to dużo na zewnątrz nie można by robić, czas
spędzamy na oglądaniu filmów (repertuar od Matrixa po Casablancę), pracowaniu, pisaniu,
czytaniu, prowadzeniu badań. Zapisaliśmy się z Mężem też na parę kursów
on-line; jeden to „Storytelling for change” (oferowany przez NovoEd), drugi „OpenKnowledge
Changing the Global Course of Learning” (Stanford University). Mąż, który lubi
się uczyć i poszerzać swoją wiedzę z najróżniejszych obszarów, podchodzi do
tego jakoś super ambitnie: zapisał się na 15 kursów jednocześnie!
Zobaczymy, co to da, ale
paradoksalnie, ta część podróżowania, w której robię te same rzeczy, które
robiłabym u siebie (uczyła się, czytała, chodziła po sklepach, restauracjach i
kinach), lubię na równi z odkrywaniem. Gdziekolwiek jesteś, musisz przecież oddychać,
jeść, spać. Śmiejesz się i płaczesz, zachwycasz i denerwujesz, odkrywasz i
zapominasz… Skoro już o uczeniu się mowa, to w wolnych chwilach uczymy też się
przy pomocy smartphonowych aplikacji języków – Mąż polskiego, ja
niderlandzkiego i portugalskiego – jednocześnie.
Commentaires
Enregistrer un commentaire