Varia
Z serii „ciekawostki” :
tylko w lutym i marcu w moim bliskim otoczeniu urodzili się: Daria, Teodor,
Gabriel, William i Oliwia. Jeszcze przed naszą, czekamy na 3 dziewczynki! Nie
mówiąc o dzieciach ze szkoły rodzenia, które do najbliższego otoczenia się nie
zaliczają.
Spróbuję ułożyć moje
myśli w jakiś ciąg logiczny, choć nie będzie to oczywiste:
Skoro zaczęłam od szkoły
rodzenia, to pociągnę ten wątek:
1/ większość par jest
mieszanych (w sensie on Hiszpan, ona Brytyjka, mieszkają w Brukseli, czyli że
żadne z rodziców nie ma więzi krwi z miejscem zamieszkania) i zastanawiam się,
czy właśnie taka jest przyszłość tego świata – dzieci wielojęzyczne i
wielonarodowościowe staną się egzotyczną normą. Takie dzieciątko pójdzie do
belgijskiego żłobka (francusko czy niderlandzko-języcznego) i będzie się bawiło
z pół-Finem, pół-Włochem :-)
2/ z Jo, położną
prowadzącą tą całą szkołę rodzenia, odkrywamy sfery życia, których istnienia
nie podejrzewaliśmy. I nie chodzi tylko o aspekty
praktyczno-poznawczo-faktologiczne. Jo przekonuje nas, że porodu czy też bólu
nie należy się bać, że to jest piękne i naturalne, że fajniej jest uczestniczyć
aktywnie w porodzie, i że damy radę! Nawet jeśli nie damy, to dopuściła do mnie
myśl o innej rzeczywistości niż cesarskie cięcie.
3/ Jo mówi, że dobrze być
przygotowanym na różne scenariusze.
I tu przejdę do
kolejnego punktu – możliwości.
4/ odnoszący sukcesy przedsiębiorca,
z którym Mąż współpracuje powiedział à propos jednego ze swoich dzieci (a ma ich pięcioro), że
„syn nie wie dokładnie co chce robić, więc jest prawdziwym xxx (tu pada
nazwisko)” :-)
5/ znamy dwóch
czterolatków równolatków. Już od dawna wiem jak dużo zależy od wychowania.
Powiedzmy, że jeden z tych czterolatków jest bardziej hop do przodu, a drugi
mniej. Jak go bardzo ładnie określił Mąż „jest mniej świadomy swojego
otoczenia” :-)
6/ dążę to tego, że
dopiero teraz, na bezrobociu, mając czas i możliwości researchowe, zdaję sobie
sprawę z tego, że i ja byłam przez lata nie do końca świadoma mojego otoczenia.
Mimo tego, że i w pracy i po pracy byłam aktywna pod względem
językowo-kulturowo-sportowym, to jednak żyłam jednak pewnymi powtarzalnymi
czynnościami, które pewnie można by nawet geograficznie na mapie Brukseli jakoś
zgrabnie wyodrębnić.
Teraz widzę o wiele
więcej możliwości. Zauważam rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałam;
lektury, filmy, festiwale, kursy, szkolenia, linki w Internecie obok których
nie przechodzę obojętnie. Cały czas coś się dzieje, jedne drzwi się zamykają,
drugie otwierają i tak w nieskończoność.
Wszystko inspiruje (lub
ma potencjał do zainspirowania), od artykułu o polskiej położnej w Kambodży po
lekcje tańca dominikańskiego prowadzoną przez Peruwiańczyka czy też urodziny u
kolegi z Madagaskaru podczas których mówię w 4 językach na raz i spotykam ludzi
z przeszłości. Brunch w portugalskiej knajpce z francusko-irlandzką parką.
Wyjście z koleżankami do spa. Blog kolegi z Kamerunu (R. pozdrawiam!).
Koleżanka, która po zrezygnowaniu z bardzo dobrze płatnej pracy w Brukseli,
zrezygnowała z jeszcze lepszego stanowiska w Warszawie i nie wie, co będzie
robić. Ekspresowa wizyta w naszej stolicy i związane z nią przemyślenia
wynikające z zetknięciem się z innymi stylami życia.
Czasem tego jest tak
dużo, że tracę z oczu obraz całości. Mimo tego, że lepiej mi się pracuję pod
(lekką) presją i że uważam, że niedoskonałość jest piękna i inspirująca, to
można się czuć zniewolonym, tak jak ten emigrant Mrożka, bynajmniej nie przez
politykę ani ekonomię, tylko przez własne działania.
Commentaires
Enregistrer un commentaire