Mimo tego, że…

Weekend dobrze się zaczął od obejrzenia bardzo miłego i nieproblematycznego animowanego filmu o – uwaga – surfujących pingwinach („Surf’s up”). Akurat tego w piątkowy wieczór mi było potrzeba J

Potem było raczej pod górkę. A raczej sinusoidalnie. Nie sypiam dobrze ostatnio, a ilość i różnorodność zajęć nie koniecznie pomaga w skupieniu.

W sobotę zwlekliśmy się z łóżka jakoś po tuż 8:00, by iść pobiegać. Mimo tego, że cel został osiągnięty, nie można powiedzieć, że odbyło się to w jakimś powalającym stylu.

Na 11:00 byliśmy zaproszeni na brunch pod Antwerpią, do światka i jego narzeczonej. Mimo tego, że w dżinsowych spodenkach czy też czymś pidżamo-podobnym, obie panny dumnie noszą na palcach pierścionek z diamentem. Ja zaczęłabym jednak od podania jedzenia, nie od picia na balkonie przez godzinę… no ale co ja tam mogę wiedzieć J

W drodze do Antwerpii (skądinąd pięknego miasta o ciekawej historii), trochę się pokłóciliśmy i Dom Rubensa zwiedzałam z łzami w oczach (nieopodal Narzeczony chodził do szkoły). Najbardziej z Domu Rubensa, podobał mi się… sam dom, w sensie budynek. Piękny.

Potem Narzeczony obwiózł mnie po swojej mieścinie – liczącej około 15.000 mieszkańców zielonej, bogatej flamandzkiej wioski położonej pod „Miastem” (oczywiście Antwerpia, nie Bruksela). Mieścina jest odpowiednikiem podwarszawskiej Podkowy Leśnej, każda posiadłość okazalsza od sąsiedzkiej J

U teściów, nowy piesek – szczeniak berneńskiego psa pasterskiego. Urocza czarno-biało-brązowa kudłata kuleczka, która była cały czas w centrum zainteresowania. I całe szczęście, bo zanosiło się na parę burz. Przenośnie.

Wykąpałam się w basenie, mimo tego, że woda miała tylko +16C. Był to jeden z mocniejszych punkt programu J   

Wieczorem, mecz, który się odbył mimo gradu wielkości piłek golfowych. Belgia na szczęście wygrała. A tak w ogóle, to ta cała Belgia strasznie patriotyczna się zrobiła. Trzykolorowe atrybutu zakradają się wszędzie, od wyrobów piekarskich po grządki kwiatków, nie mówiąc o słomkach do drinków.

Głowacki jakiś smutny, nie mam do niego siły. Oczywiście bardzo doceniam czarny humor, ironię i dwuznaczności wszelkie, ale obraz 1/imigrantów, 2/małolatów, wesoły nie jest L

W niedzielę również budzik nastawiliśmy na 08:15 – początkowo mieliśmy jechać na warsztaty taneczne, skończyło się jednak na ponad 10-cio kilometrowym spacerze w lesie.
Popołudniu spotkałam się z kolegą z danych lat, mimo tego, że umówiłam się na 16:00, spóźniłam się prawie o godzinę…   

Na koniec dnia, lody (mimo tego, że poprosiłam o stracciatellę, dostałam speculoos) i festyn średniowieczny w samym centrum dużego, europejskiego miasta XXI w. J


ps. rower ma przedstawiać lato w mieście 


Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze