Propaganda anty-sukcesowa, czyli co jest między mieć a być

Kiedyś napisałam coś takiego:

Każda chciała mieć. Marzę, pragnę, pożądam. Mieć studia jedne drugie trzecie, mieć karierę, mieć samochód, mieć męża, mieć jedno dziecko, drugie, trzecie. Jak miały córki, chciały synów. Jak miały synów, chciały córki. Mieć mieszkanie, mieć dom, pałac z lokajem, mieć kalendarz wypełniony po brzegi, mieć odhaczone jak najwięcej krajów na świecie, mieć znajomych na fejsie, mieć świetną figurę, mieć konto w banku. Mieć mieć mieć. Już więcej nie mogły mieć. Miały wszystko a i tak czegoś im zawsze brakowało. Może oprócz poczucia porażki, że mimo tego, że tyle mają, tak naprawdę to, co mają, wcale im nie przynosi oczekiwanej satysfakcji. Nie miały czasu na to by po prostu być. Nie miały na nic czasu. Na cieszenie się. Na wyciszenie się. Na te dzieci i tych mężów. Na życie kontemplacyjne, tak jak na Kubie. Usiąść na ławce z książką. Ciekawe czy orgazm mają? Ciekawe czy iskierkę w oku mają? Ciekawe czy znalazły to, czego tak uporczywie szukały?
Ciekawe czy to one posiadały to wszystko, czy to wszystko posiadało je?
Coś za dużo tych Ann K. czy też Emm B.

Więc po co im to wszystko? Wyjazdy, mąż, dzieci, doktoraty, kariery? Jezus Maria, nastąpiły czasy nieumiejętności cieszenia się życiem! Trzeba szybko zarządzić kurs improwizacji! I jakim cudem, prym w dołującej literaturze, wiodą kobiety, które mając to, co chciały, nie mogły sobie znaleźć miejsca na mapie szczęścia? A może jak w Gruzji, uczta, jako sposób na życie? Osobiście nie byłam, ale wyczytałam u Mellerów, których wzięłam ze sobą do Hiszpanii.

Miały wypucowane okna i robiły chrupiące spody od ciast, z którymi czekały grzecznie na gości i dobrze się mającą auto-frustrację. Czy naprawdę w życiu najważniejsze są uprasowane firanki? Czy może chodzi o to, by umiejscowić się w pewnej klasie społecznej i czerpać korzyści z przynależności do niej?

Nie cechuje mnie trofealne podejście do życia i dzięki bogu, nie mam żadnego parcia na doskonałość. W moim życiu nie ma miejsca dla kariery, inwestycji w nieruchomości, otwartych czy zamkniętych funduszy emerytalnych i biblijnych rzeczy takich jak dom, ziemia, bydło… Tak naprawdę, to ja niczego nie mam, oprócz dziewięcioletniego samochodu oraz stopnia doktora (musiałam jeszcze po obronie dopłacić PLN 200 za oprawę dyplomu – szkło antyrefleksyjne, ramka stylizowana na starą) oraz, jak by to powiedział mój ulubiony pisarz haitański,  dwadzieścia sześć liter alfabetu. No i może w perspektywie parę wyjazdów oraz jakieś tam swoje marzenia…

Nie zapominając o wysokiej samoocenie, która pozwala mi się łatwo podźwigać z upadków. Dzień i po sprawie. U mnie od lat nic się specjalnie nie zmieniało i ja z tym jakoś problemu starałam się nie mieć, lecz inni mieli ze mną problem. A ty, co masz nowego? No jak to, nie zmieniłaś fryzury, samochodu, mieszkania? Owszem, kręci mnie wejście w posiadanie kuca islandzkiego. A to mniej oczywiste, wierzcie mi. No tak, tobie to dobrze, żyjesz intensywnie, robisz tyle rzeczy, pozazdrościć!

Co wy wszyscy sobie myślicie, że ja to chodzę całymi dniami z kwiatami we włosach i baraszkuję w polu? W dzisiejszych czasach, tak sobie myślę, to w ogóle cud nie dać się przejechać przez samochód czy nie popełnić samobójstwa, jako że wszyscy byliśmy niedopieszczeni w dzieciństwie. Przecież tak niewiele trzeba…

Aż chciałoby się, za Wieśkiem Myśliwskim, spytać, przepraszam, czy wy pierwszy raz na tym świecie? Ile znacie osób, które są zdrowe, piękne, młode, inteligentne, a do tego szczęśliwie zakochane? I najlepiej by to wszystko było jeszcze połączone w jedną całość! Tego już nie ma, zresztą nigdy nie było, pożegnajcie się. Pociąg do tej bajki już dawno odjechał i czekając na następny, proponuję czas spędzać bardziej produktywnie niż użalając się nad sobą. Z prasy dowiaduję się, że mam osobowość Angeli Merkel, że jestem opóźnioną nastolatką, nimfomanką i lesbijką – jednocześnie.
Czy łaskawe panie nie wiedzą, że jutro może być gorzej?

Powyższy fragment odnosi się do kobiet, ale oczywiście propaganda sukcesu nie dotyczy jedynie płci pięknej. Parcie na sukces się nie zmienia, co wywołuje u mnie poczucie alienacji. Nie potrzebuję trąbić o tym, ile książek to ja nie mam w swojej bibliotece. Lub inaczej – nie potrzebuję kompensować sobie swoich braków sukcesami, bo się z życiem pogodziłam. Jak mi źle, to wcinam kawałek czekolady, piję kawę (by podnieść poziom cukru i ciśnienie), maluję,  czytam gazety, względnie łykam panadol, ewentualnie idę pobiegać, by udrożnić krążenie krwi.
Nie pokazuję wszem i wobec mojego warzywnika, mojego designerskiego żyrandola, który zakupiła bym była za wysokość jednej pensji, czy mojego umeblowanego pokoiku dla dziecka, które może kiedyś będę miała, z chłopakiem, który nie chce się ze mną ożenić.

Tak, zgadliście. Wczorajszy wieczór znów spędziliśmy gdzieś u kogoś (parka), z kimś, kto przyjechał w odwiedziny z skądś. A raczej z dwiema kimsiami. Odchorowałam to dziś rano J

Ja się cieszę, gdy Narzeczony mi robi śniadanie, że mnie przytula, że potrafi mnie rozśmieszyć. Spędzimy spokojny dzień, pójdziemy do teatru.

Dlatego jedziemy do Afryki. By być i przestać myśleć o tym, by mieć.
Dla mnie to mój sukces.






Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze