O Chińczykach z Xi’anu, którzy nas powitali w Brukseli, po tym jak zdecydowaliśmy się na skrócenie pobytu, o teorii literatury, pysznym sushi oraz herbacie z rumem
„Wszystko nas zwodzi, lecz
miejsca najbardziej” – cytat ten Wiesława Myśliwskiego zawsze nasuwa mi się na myśl, gdy jestem jakimś miejscem zawiedziona.
Nawet taka doświadczona podróżniczka jak ja (na koncie około 50 państw), dała się zwieść promesą rajskich zdjęć rajskich plaż; mimo tego, iż nie był to mój pierwszy pobyt na Karaibach, tylko piąty, i teoretycznie wiedziałam, czego się spodziewać, rzeczywistość okazała się wcale nie być taka rajska, przynajmniej
dla nas.
Spróbuję to wytłumaczyć, choć to nie takie proste. Jadać gdzieś ma się jakieś oczekiwania, zbudowane na bardziej lub
mniej solidnym gruncie; dużą rolę odgrywają także wcześniejsze doświadczenia podróżnicze i obecny stan ducha.
Wyjazd ten od samego początku okazał się porażką organizacyjną, logistyczną, po prostu ludzką. Pierwotne nieporozumienie (Santo Domingo/Punta Cana) już mówi samo za siebie. Oczywiście nie jest to wina
Dominikany, że się do wyjazdu nie przygotowaliśmy. Ale myśleliśmy, że w każdym normalnym kraju, istnieje
instytucja informacji turystycznej, czy też po prostu przyjaznych ludzi, którzy zagubionej duszy udzielą w ostateczności informacji.
Przez 10 dni natrafiliśmy tylko na jedno takie miejsce, i to było już chyba po tym, jak jednak zakupiliśmy przez Internet przewodnik; okazało się więc, że my wiedzieliśmy więcej od pana. w okienku. Ludzie byli nieprzyjaźni, niesłowni, małomówni czy też wręcz zatajający informacje, by nakłonić nas do korzystania z drogich taksówek.
Okazało się, że wyspa nie jest krajem dla
backpackersów, sprzyja, tylko i wyłącznie, klapkowiczom. Plaże bywają prywatne, odległości spore, różnice między zachodnimi turystami a lokalną społecznością nie do przyjęcia. Jedzenie było ok (europejskie), ale
standard hosteli marniutki. Nie przespałam ani jednej nocy bo albo
było za głośno, albo za gorąco, albo materac się pode mną zapadał ze starości. To co nam się najbardziej podobało (czyli bycie ze sobą, posiłkowanie się, granie, czytanie, rozmowy, sączenie drinków, jedzenie chipsów czy też moczenie się w wodzie), nie było z Dominikaną bezpośrednio związane. Wszystko tam stanowiło problem (zadzwonić, pobrać pieniądze, przedostać się gdzieś, ciepła woda…) i nie chodzi o kwestie językowe, bo po hiszpańsku mówię (nie jakoś super, ale się spokojnie dogadam). O autobusach, których nie ma w rozkładach jazdy a są naprawdę, o Ukraińcach, do których trafiliśmy na ostatnią noc, i o barmanach, którzy
na twoich oczach wchodzą na drzewo kokosowe i
odcinają maczetą kokos, nie chce mi się pisać.
A ja zawsze myślałam, że Belgia to kraj surrealizmu J
Anyway, nie pierwszy raz mi
się na urlopie nie podobało (zazwyczaj mi się nie podoba w miejscach,
które się wszystkim innym podobają takie jak piramidy w Egipcie, podparyski Disneyland, włoskie Wybrzeże Amalfitańskie czy też nawet Kalifornia; o Tajlandii nie wspomnę), ale pierwszy raz
tak spektakularnie skróciliśmy urlop (o połowę!) i cieszyliśmy się bardzo na powrót do domu.
Już po przylocie, czekając na autobus, minęła nas grupa Chińczyków, w wieku średnim+, podobnie ubranych. Jeden z nich chcąc zagadać do Narzeczonego, ale nie panującego nad językiem angielskim, wydukał z siebie „Gggggood morning!”, powodując tym samym rozbawienie ogólne J Sympatyczni Chińczycy okazali się być z Xi’anu, który to Xi’an znamy i bardzo miło wspominamy (byliśmy w Chinach razem z
Narzeczonym na początku roku).
Więc wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Mój
dom jest w Brukseli. Nasz dom jest w Brukseli. Mamy do czego wracać i to była najcenniejsza lekcja z tej całej kokosowej wyspy.
Okazuje się, że piękne plaże nie są wcale najważniejsze na świecie.
Wróciłam mocno zakatarzona (herbatę z przywiezionym rumem właśnie mi zrobił Narzeczony), zmęczona potwornie nieudanym
wyjazdem. Nie mogąc spać (jetlag!) zaczytuję się doskonałymi „Kręgami obcości” i gram w odmóżdżającą, aczkolwiek relaksująca klejnotową grę (połowa Dreamlinera w nią grała – trzeba było to zobaczyć!).
Nie mamy siły nawet na puszczenie prania, a wypadałoby. Zrobiliśmy tylko stricte minimum, czyli odbiór
samochodu od koleżanki, odbiór kluczy od sąsiadki, spacer po parku i lody z moim chrześniakiem i jego rodziną z okazji dnia dziecka. Aha,
no i z tej samej okazji poszliśmy na doskonałe sushi, parę kilometrów od naszego mieszkania.
Siedzieliśmy na ogródku w słońcu i delektowaliśmy się naszym życiem. Tu i teraz.
Na zdjęciu, Wieża Dzwonu w Xi'anie
Commentaires
Enregistrer un commentaire