W Mechelen

-           Nie wzięłam żadnej książki! Czy powinnam wziąć jakąś książkę?
 Wiesz co, lepiej weź.

Dzień upłynął konstruktywnie, na najróżniejszych sprawunkach (odwiedziny nowonarodzonych bobasków, lekarze, zakupy – prezenty, koszule, okulary, kartki okolicznościowe…). W Mechelen. Tam mieszkał Narzeczony przed wprowadzeniem się do mnie.

Mechelen jest pięknym miasteczkiem, położonym między miastem A a miastem B. Zapamiętałam z niego rowerzystów (jest płaskie), szykowne butiki i kamienice, wielki park, gdzie zaczytywałam się Bator. Pamiętam też bardzo miłego pana sprzedawcę, który nam za darmo dorzucił w środku zimy ileś tam fig (potrzebowałam do przystawki z kozim serem, miodem i szynką parmeńską). Może w mniejszych miejscowościach ludzie są mniej zestresowani.

Stare miasto przecina kanał, nad którym mogłabym bez większych przeszkód mieszkać J

Końska dawka kawy i ruszam na podbój miasta.

Padło na “Ostatnie rozdanie” W. Myśliwskiego.

Na szczęście niepotrzebna. Prawdziwe życie okazało się wystarczająco ekscytujące – dziś wygrała Belgia J






Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze