van Eyck czy van Dyck?
Jeszcze na Dominikanie,
widząc moje rozczarowanie, Narzeczony postanowił mi zrobić niespodziankę i mnie
po powrocie zabrać… gdzieś. Ustaliliśmy datę (dziś), wiedziałam tylko, że
pociągiem, że mogę zabrać książkę (smartphona już nie), i że raczej cały dzień.
Cieszyłam się jak dziecko,
bo niespodzianki (te miłe) to chyba każdy normalny człowiek lubi,
podejrzewałam, że kierunek północny, no i okazało się, że Narzeczony czyta mi w
myślach: zabrał mnie do Brugii, na którą miałam wielką ochotę! J
Brugia jest miastem do
którego zawsze chętnie wracam. Mimo tego, że byłam tam dziesiątki razy, nigdy
mi się nie znudziła – wręcz przeciwnie, cały czas mnie zachwyca i co i rusz
odkrywam nowe zakamarki. Tym razem, razem dzieliliśmy i odkrywaliśmy brugijską
przestrzeń, miasta, które kiedyś było dwa razy większe od Londynu. Zjedliśmy
lunch na zewnątrz, nad wodą, przejechaliśmy się łódką po kanałach,
podziwialiśmy razem prymitywistów niderlandzkich.
Ponieważ do lunchu
wzięliśmy więcej wina niż byliśmy w stanie w siebie wlać (a nie wypadało
przecież zostawiać), w muzeum van Eyck pomylił mi się z van Dyck’iem J (ale tylko z nazwiska!)
Ale tak naprawdę Brugia w
tym wszystkim była drugoplanowa. Mógł mnie wziąć nad jezioro, na wieś, do
Paryża, nie miało to znaczenia. Liczy się pomysł i wykonanie J Kochany jest.
Commentaires
Enregistrer un commentaire