Powrót do (nie-)normalnego życia

Jetlag nas trzyma mocno, nie możemy spać w nocy, potem się budzimy o nieprzyzwoitych porach à la 12-13:00. Pożytek jest z tego taki, że zamiast trzech, zjadamy dwa posiłki J

Dziś się uaktywniliśmy, posuwając do przodu trochę spraw… tych samych spraw, żeby nie było. Ale akurat było z górki. Kupiłam sobie nawet nowe buty do biegania, jutro mam zamiar je ochrzcić (w tym sezonie coś z bieganiem się ociągam).

Wczoraj byliśmy z Narzeczonym na koncercie Rafała Blechacza, w ramach szerzenia polskiej kultury. Nie jestem jakimś specjalnym melomanem, ale na takie wydarzenia nigdy mi nie szkoda mi czasu ani kasy. Koncert był solidny, ale nie porwał, tak jak ten w 2007r. Pamiętam doskonale (były to jeszcze czasy męża nr 1), że tamten był niemalże wydarzeniem roku wśród naszej diaspory. No i Narzeczonego trzeba z polskiej kultury trochę podkształcić (zaczynając od samego nazwiska artysty, bo już z tym są problemy) J A najlepsze w tym wszystkim jest to, że filharmonia znajduje się w odległości 2,7km od nas, więc spacerek na piechotę po wyniosłym wydarzeniu kulturowym w sam raz!

Słówko o nowo odkrytych przeze mnie grach/aplikacjach na smartphonie: zawsze myślałam, że to bezmyślne pożeracze czasu, ale daliśmy się wciągnąć, najpierw w „Bejeweled”, a teraz w „2048”. Teraz ciągle myślę, że to pożeracze czasu, ale całkiem fajne pożeracze czasu, które poza kreowaniem więzi w związku (gramy razem) i zdrową konkurencją, wyostrzają zmysł i kompetencje analityczno-strategiczne.

Gdy tak więc o tej 02:30 nie możemy spać, to albo gramy albo czytamy. Skończywszy Głowińskiego, wzięłam się za pozycję o portalach społecznościowych. Książka bardzo prawdziwa i, niestety, bardzo smutna. O tym, że pokolenie Y, do którego ponoć wszyscy należymy, woli świat wirtualny od prawdziwego. I jakie są tego konsekwencje.

Jeszcze ps do wczorajszego posta (nie chciałam krytykować Dominikany na rzecz apologii Chin). To, co napisałam wcześniej o Dominikanie było prawdziwe. Las Galeras nam się podobała, słoneczko, widoczki, wspólne spędzanie czasu, nic nie robienie - również. Ale dałabym naszemu pobytowi 3/10; nie spełniał on naszych oczekiwań w materii spotkań i wymiany międzykulturowej, praktykowania bachaty czy też hiszpańskiego. Powtarzam, że to nasza percepcja wyspy, może nie mieliśmy po prostu szczęścia. Nie wątpię w to, że komuś innemu może ona odpowiadać, każdy na inne zapotrzebowania i przeżycia.


A o tym, dlaczego (wolę i) uwielbiam Brukselę, napiszę kiedy indziej!


Commentaires

Posts les plus consultés de ce blog

Powrót do rzeczywistości… ale do której?

Nowa książka

pierwsze półrocze