Od przybytku…
Tyle myśli mi się kłębi w
głowie, że nie wiem jak o tym pisać i czy w ogóle warto.
Czy warto wspominać, że
regularnie moknę do suchej nitki, w związku z czym mój katar, wspomożony
uczuleniem, ma się dobrze? Że nie sypiam dobrze, co się odbija na samopoczuciu
i zmęczeniu ogólnym? Że wtedy łatwiej o kłótnie, co z kolei, potęguje poczucie
beznadziei? Że spotykamy się ze znajomymi dwa razy dziennie (lunche i
kolacje/grille), że wpychamy sushi, że próbujemy tańczyć, chodzimy na spacery,
zamawiam książki, by były już do Afryczki? Że jest albo gorąco albo pada? Że od
szukania wydawcy i rozmyślaniu o życiu i o spożytkowaniu czasu, głowa mnie
boli? Że małe przeplata się z dużym, radości z przykrościami, stany euforii z
poczuciem klęski?
Choć wczoraj udało nam się
miło zakończyć dzień, siedząc na tarasie u francusko-irlandzkiej pary, z inną
belgijsko-madagaskarską, parką. Zachód słońca był piękny, mieszkanie było
piękne, jedzenie przepyszne, towarzystwo wyśmienite, miejsce parkingowe pod
domem bezproblematycznie znalezione J
Commentaires
Enregistrer un commentaire