Uczenie się swahili w irlandzkim pubie przy belgijsko-rosyjskim meczu
Powtarzam się, ale
widocznie taki okres. Sprawy – najróżniejsze – zamiast się kurczyć, to się
mnożą.
Fryzjer, wieczór panieński,
brunch z W., noc u teściów, chwila dla siebie (dłuższy spacer), popołudnie w
Gandawie - to mój weekend.
Brunch zasługuje na odrębny
akapit bo takich jak W. to już nie robią. Nawet Narzeczonemu się podobał.
Pracował w Afryce przez półtora roku i stał się dla nas niepodważalnym punktem
odniesienia. Siedzieliśmy w ogródku, słońce grzało, otoczona dwoma wspaniałymi
mężczyznami, było mi wspaniale J
Stara Gandawa jest także
miejscem godnym (wielokrotnego) grzechu. Nie znam jej jeszcze jakoś super
dobrze, bo zazwyczaj zjawiam się tam tylko na parę godzin (odsyłam do
Wikipedii), ale 1/ jest piękna, 2/ fajnie jest z jednego miasta przemieścić się
do drugiego, w zasadzie tylko po to, by zobaczyć mecz – na szczęście dla tego
kraju, Belgia wygrała J
A w pociągu z Gandawy do
miasta B, pod koniec dnia, Narzeczony stwierdził „gdybym był zwierzęciem, to
nie musiałbym myśleć. Albo bym polował, albo uciekał, jadłbym sobie trawę, spał
i kopulował”. Taaak.
http://en.wikipedia.org/wiki/Ghent
Commentaires
Enregistrer un commentaire